Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.

niedziela, 10 stycznia 2021

Jak zawsze B. Niski błotnisty i śliski



 Jestem w domu. Niedawno wróciliśmy z Anią z okolic Dukli. Niewielka pętla okazała się dość wymagająca ze względu na warunki. Zwykle dzielimy się z Pimem wrażeniami z odbywanych osobno wypadów i tym razem postępuje podobnie. Piszę krótki mail, który szkicuje przeżycia z kilku ostatnich godzin:

"Gdy wyjeżdżaliśmy z Rzeszowa pogoda była taka jak w Warszawie i tak można ją opisać, jak ty to zrobiłeś. Natomiast, gdy przyjechaliśmy w okolice Lubatowej, to tam niesamowicie wiało. Można powiedzieć, że pogoda była taka, gdy górale piją na umór. Na podejściu na Cergową wiatr..."

niedziela, 3 stycznia 2021

Wielki Las


W Czudcu jestem chwilę przed ósmą. Jest zimno, wilgotno i mgliście. Drogę miejscami pokrywa szron, a miejscami śliska warstwa ściętej wilgoci. Na ulicach jak to w niedziele bladym świtem nie ma prawie nikogo. Gdy przecinam drogę wojewódzką zaczynam piąć się pod górę. Jednocześnie powoli przebija się słońce, które o dziwo nawet lekko grzeje.

sobota, 5 grudnia 2020

Psikus czyli o adekwatności wiersza


Parę ładnych lat temu popełniłem piosenkę jako całość. Znaczy ułożyłem słowa do wymyślonej przez siebie muzyki. Trochę pod wpływem osobistych refleksji, ale i także w porywie twórczym wyszło z tego nieco więcej niż własne doświadczenia. Nie była to pierwsza z moich piosenek. Przez lata zebrało się ich parę. Czasami, gdy wracałem do nich myślami miałem wrażenie, że są one czymś w rodzaju zapisu przeczucia, które z czasem wypełnia się w moim życiu. Dziś już tak nie myślę, bo zbyt często słowa nie korelują z rzeczywistością. Ale jeden z tych tekstów jest swoistą antyklamrą do paru moich przygód...

 

sobota, 28 listopada 2020

Deuter Nomi


Nieco ponad półtora roku  temu otrzymałem prezent od żony. Plecak Deutera o niewielkiej pojemności miał mi służyć na co dzień. Podarek zbiegł się z dokonaniem żywota przez moją znoszoną torbę Vaude. Faktycznie od tego czasu Nomi towarzyszy mi w drodze do pracy czy codziennych zakupach. Parę razy miałem go także na leśnych wycieczkach i wypadach rowerowych.

sobota, 21 listopada 2020

Spotkanie nad Sanem

archiwum Leśnej


Nisko wita mnie chłodem i mgłą. Trochę mi żal, kolejowy skład był taki przytulny. Wysyłam SMS'y, jeszcze ostatnie poprawki w plecaku i w drogę. Cel na najbliższe pół godziny to dotrzeć na ul. Kościuszki, w miejsce gdzie wchodzi na nią żółty szlak - Szlak Dolnego Sanu. Jestem tam umówiony z Leśną Duszą i... No właśnie jej towarzystwo jest dla mnie zagadką. Wiem, że ktoś jest z nią. Jednak nie wiem kto...


środa, 7 października 2020

Perspektywa


- Tyle razy tu byłem, a nigdy nie zauważyłem tego...

Dumając nad treścią tego posta jak refren powracały do mnie słowa Mikrona z przeszłości. Wraz z żoną swego czasu bardzo dużo jeździli rowerami po Beskidzie Niskim. We trójkę także sporo po tych terenach wędrowaliśmy. I mimo wszystko było to dla nich nadal ciekawe. To wtedy Mikron z żoną zwrócili mi uwagę na zmianę punktu widzenia wraz ze zmianą środka lokomocji. Temat leżał odłogiem ładnych parę lat.
Właściwie zaczął do mnie wracać gdy za sprawą Pima zacząłem przygodę z nartami. Nie od razu, ale dopiero w momencie naszych wspólnych pozazimowych wypadów. Wtedy zacząłem patrzeć na przemierzane szlaki z perspektywy dostępności ich dla narciarza BC. Na marginesie tego wszystkiego pojawiła się także turystyka rowerowa uprawiana wraz z żoną i córką po peryferiach naszego miasta. Jak inne formy działalności outdoorowej w moim przypadku, tak i ten sposób wędrówki stopniowo zmieniał swoje oblicze. Aż w ostatnim czasie wraz z kolegą z pracy zaliczyliśmy parę dużo bardziej intensywnych wypadów rowerowych. I to one stały się katalizatorem refleksji.
Do tej pory z rodziną turlaliśmy się niespiesznie i głównie nastawiając się na dotarcie w przyjemne miejsce piknikowe. W sierpniu i wrześniu tego roku razem z Mariuszem wybraliśmy się na okalające Rzeszów pogórza. Tamta jazda mimo, że nie jakaś specjalnie ekstremalna odbywała się jednak w dużo większym tempie. Pewno dlatego, że gonił nas czas i konieczność zameldowania się przy obowiązkach domowych. To dla mnie było zupełnie nowe doświadczenie, kojarzące z możliwością wyżycia się. Ale z drugiej strony coś co przychodzi na myśl, gdy wspominam wszystkie te wypady, to gonitwa. Niby podobnie jak dotychczas, a jednak inaczej. Nie chodzi o to, że gorzej ale tak zwyczajnie inaczej. No może pojawiało się przy okazji uczucie braku. Dokładnie, to nie było w tym wszystkim wyciszenia. Gdy jeździłem z moimi paniami czy wędrowałem w różnych składach po górach prócz przyjemności płynącej z doświadczania długotrwałego ruchu wracałem spokojny i z poczuciem równowagi. Tu doświadczenie ograniczało się do stanu wytrzęsienia z siebie napięć poprzez ruch. Myślę, że podobnie czuje się bigiel spuszczony ze smyczy - ego move ergo sum...
Właściwie to na prawdę fajny sposób na oderwanie się od zgiełku miasta i pędu codzienności. Rower daje świetną możliwość na szybkie wyskoczenie gdzieś za miasto i uniezależnia człowieka od komunikacji publicznej. Dwa z tych wypadów zrealizowaliśmy w środku tygodnia. Gdyby nie rowery nie mielibyśmy możliwości na taką przyjemność. Jednoślad świetnie wpisuje się w trend jakim są mikro przygody. Daje możliwość krótkiego wyjazdu za miasto i jednocześnie sprawnego dotarcia na miejsce. Jednak w moim odczuciu kosztem tej sprawności jest dystans w stosunku do mijanych miejsc i to, że poświęca im się mniej uwagi. Mam na myśli to, że szybkie przemieszczanie sprawia, że tworzy się swego rodzaju membrana między nami a światem. Filtruje ona część tego co dokoła, a dostrzec możemy to dopiero gdy wędrujemy na własnych nogach. Znowu nie chodzi mi, że rower jest gorszy niż wędrówka pieszo, ale szybkość jest obarczona ceną, którą płacimy za możliwość korzystania z jej zalet.

październik 2020 r.

niedziela, 27 września 2020

Szlak trzech pogórzy/ 1


 
Siedzę w wannie i gapię się w sufit? Nie, nie gapię się w to, co nade mną. Ekstrawagancko popijam radlera i zagryzam kiełbasą, która mi została. "A mury niosą rozmowy jakichś ludzi?" Nie, w domu jest cicho. Kaja bryka gdzieś ze swoimi koleżankami, a Ula wzięła Piotrka na spacer. Jestem sam, biorę kąpiel i daję wytchnąć obolałym mięśniom. Przed chwilą wróciłem z Pogórza Dynowskiego. To miała być krótka wycieczka na jakieś 6 godzin  i nieco ponad 20 km, a wyszło z tego godzin dziesięć i 32 km z niewielkim hakiem...