Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.

niedziela, 11 grudnia 2016

Wiosna w Beskidzie Niskim

Gdy myślę o ostatnim wyjeździe, to tęsknota za domem w pomieszaniu z radością z przemierzania gór pierwsza przychodzi mi do głowy. W drugiej kolejności kołacze się tam radość z odwagi i konsekwencji. Radość, że nie poddałem się obawom i mimo braku towarzystwa pojechałem sam. Cieszę się także z noclegu w schronisku i z muzykowania ze spotkanymi gośćmi Bacówki. A całość zaczęła się tak...

Mam za sobą czterogodzinny dojazd i o dziwo nie jestem nim znużony. Zadzwoniłem do Uli i złożyłem raport o tym, że wszystko ok. Ruszam z Przełęczy Hałbowskiej na GSB w kierunku Bartnego. Pierwszy odcinek mojej drogi wiedzie przez las i nie jest on wymagający, tak kondycyjnie jak i nawigacyjnie. Na wstępie pierwszy mały sukces, udaje mi się ominąć bajoro, które czyha na nieostrożnych zaraz za zejściem z asfaltu. Dalej nabieram tępa i uważnie kontroluje znaki szlaku. Nawet mała zwłoka związana z błąkaniem się po lesie w poszukiwaniu drogi może spowodować, że nie dotrę do bacówki przed zmrokiem. Na przejście osiemnastu kilometrów mam pięć godzin. Czas w sam raz pod warunkiem, że będę szedł bez mitrężenia i błądzenia. Wspomniany leśny odcinek przebywam sprawnie i tylko przed wyjściem z kniei zwalniają mnie mokradła, które omijam ich brzegami.

niedziela, 13 listopada 2016

Sucha Góra - mokry dół

Sucha Góra widziana z masywu Królewskiej Góry - marzec 2016 r.
Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, aby wejść na najwyższe wzniesienie Pogórza Dynowskiego. Sucha Góra, bo to o niej mowa,  znajduje się w okolicy Krosna i słynie z ponad stumetrowego przekaźnika RTV. Jej masyw o wysokości 585 m n.p.m. jest w większości zalesiony i nie łatwo na nim o rozległe widoki. Mimo to wędrówka po jej zboczach może być całkiem przyjemna. Zwłaszcza dla tych z nas, którzy panoramy traktują jako miły dodatek a nie jako cel sam w sobie.

poniedziałek, 31 października 2016

Blisko domu a też outdoor


Co zrobić gdy się chce i jednocześnie nie chce? Gdy tydzień był męczący a na myśl o wczesnym wstawaniu, żeby dojechać w góry pierwsza reakcja, to nie ma mowy? Te dylematy rozwiązuje Bór Głogowski, moje miejsce na szybkie parogodzinne wycieczki w czasie wolnym.
Aby tam dojechać nie muszę wstawać wcześnie. Nie potrzeba zbyt dużo czasu na dotarcie do niego (zaledwie 45 minut wliczając ewentualne oczekiwanie na przesiadkę). Wystarczy szybko wrzucić do plecaka coś do jedzenia kurtkę przeciwdeszczową, termos z herbatą, wskoczyć w autobus i po chwili można cieszyć się wędrówką w pięknym lesie.

W Borze możemy wędrować szlakami (żółtym i zielonym) albo wyraźnymi drogami szutrowymi lub piaszczystymi. Znajdziemy tam także drogi rowerowe a śnieżną zimą to doskonałe miejsce na biegówki. Gdy będziemy znużeni aktywnością znajdziemy w kilku miejscach ławki ze stołami. W okolicach strzelnicy, bo jest tam i ona, znajduje się miejsce na ognisko z wiatą oraz  stołami.



Jest także coś dla miłośników miejsc związanych z przeszłością. Konkretnie zbiorowa mogiła żydów zamordowanych w czasie II Wojny Światowej.


Dojazd jest właściwie bezproblemowy. Wszystkie autobusy jadące  do Głogowa Małopolskiego mają przystanki pod samym lasem. Inne przystanki z których dostaniemy się do Boru to Głogów Małopolski i Wysoka Głogowska. W obu przypadkach na miejsce doprowadzi nas szlak żółty. Istnieje także opcja dojazdu pociągiem Przewozów Regionalnych relacji Rzeszów - Tarnobrzeg. Należy z niego wysiąść w Rogoźnicy. Jednak jest to wariant nieco niewygodny. Ze stacji trzeba przejść relatywnie spory odcinek wzdłuż ruchliwej drogi. Inną opcją kolejową jest dojazd do Głogowa Małopolskiego, a tam najlepiej ze stacji przez miasto ruszyć za znakami szlaku żółtego w kierunku południowo-wschodnim. W lesie są także parkingi dla zmotoryzowanych turystów. Przy jednym z nich jest nawet plac zabaw i plastikowe toalety.
Jeśli chodzi o mnie lubię tam pojechać zimą. Jednak najbardziej w Borze lubię jesień. Czemu jesień? A to już trzeba zobaczyć samemu. Każdy kto lubi las będzie wiedział co jest niezwykłego w nim jesienią a kto nie wie ma okazję sprawdzić. Takie sprawdzanie to doskonały pretekst aby się wybrać do najbliższej kniei. Poniżej parę zdjęć z kilku ostatnich jesieni, na zachętę dla leniwych i nieprzekonanych.




Gdy dojadę do lasu przechodzę w nim ok 10/ 15 km jeśli jestem tam sam. Gdy jedziemy rodzinnie dystans jest mniejszy. Ale z rodziną nie jadę się wyhasać tylko by pobyć razem. A herbata z termosu i domowe łakocie pod gołym niebem w dobrym towarzystwie są wspaniałym przerywnikiem naszych leśnych wędrówek.

To właśnie moje miejsce na szybki outdoorowy wypad. Polecam wszystkim mieszkańcom Rzeszowa i tym którzy będąc w nim mają ochotę wybrać się na łono natury. A wasze miejsca na szybkie wyrwanie się z miasta? Piszcie w komentarzach. Chętnie o nich poczytam, nie tylko o tych z moich okolic.


p.s.
W lesie jak to w lesie można spotkać źwierzątko. :D

poniedziałek, 24 października 2016

Na zachód od beskidzkiej codzienności


Tak wypadło, że wakacyjne plany trzeba było zweryfikować. A w ich miejsce najłatwiej zorganizować parę dni w Beskidzie Niskim. Organizacja poza tym to zbyt szumne słowo. Z Beskidem jestem tak zżyty, że właściwie wymyśliliśmy początek drogi i jej koniec, spakowaliśmy plecaki i w pewną sobotę ruszyliśmy.
Regułą staje się powoli, że w moich eskapadach towarzyszką jest Śliwka. Tym razem także zechciała ruszyć ze mną na szlak. Dodatkowo Beskid Niski dla niej ma w sobie ten niezaprzeczalny urok, że można w nim ciągle napotkać wiele przykładów drewnianej architektury. A Śliwka jest w niej zakochana. Pasjonuje ją także etnografia. Dla takiej osoby tereny między Krynicą a Komańczą to przecież raj. Ja z kolei pomyślałem, że wreszcie mam szanse zobaczyć te okolice, które do tej pory omijałem w beskidzkich wędrówkach. Był to Główny Szlak Beskidzki na odcinku Wołowiec Regietów i dalej do Krynicy.

Dzień pierwszy sobota
Folusz- Bacówka Bartne

Na Foluszu znaleźliśmy się dość późno, bo dopiero około piętnastej. Jednak mieliśmy w planach marsz wyraźnymi szutrami, które nawet po zmroku nie są nawigacyjnym wyzwaniem. Dodatkowo pora roku sprzyja takim późnym wyjściom. Dni są długie a szarówka utrzymująca się po zmierzchu wystarcza do sprawnego wędrowania.

Pierwszy fragment trasy przebiegał między Foluszem a Świątkową Wielką. Nie szliśmy najkrótszym  wariantem do schroniska, bo postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o Świerzową Ruską. Dlatego ruszyliśmy niebieskim szlakiem rowerowym, który wygodnie łączy obie miejscowości. Właściwie nie ma w tej drodze nic nadzwyczajnego. Ja mimo to darzę ją sentymentem i gdy tylko mam możliwość lubię tam się przejść. Ku mojej radości Magurski Park Narodowy postawił przy niej nową wiatę. Dokładnie w miejscu gdzie zielony szlak do Mrukowej opuszcza szutrową drogę. My minęliśmy ją jednak i pierwszy konkretny postój zrobiliśmy sobie na Polanie Świerzowskiej.
Kolejne kilometry (6,5) były lżejsze ponieważ droga na całej swej długości traciła z mozołem zdobytą wysokość. Wędrując nią robiliśmy tylko małe przystanki na picie i kilka zdjęć bobrzej żeremi.

Pogoda ustabilizowała się i nad naszymi głowami zaległy szaro-bure chmury. Na szczęście nic z nich nie padało. Sprawnie minęliśmy Świątkową.

Wchodząc do Świerzowej Ruskiej na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy tablicy z mapą i opisem tej nie istniejącej wsi. Skręciliśmy w boczną dróżkę prowadzącą na stare cerkwisko i cmentarz. Znaleźliśmy tam cebulaste zwięczenie dawnej świątyni stojące pośród drzew. Niestety przez goniący nas zmierzch nie mogliśmy zatrzymać się na dłużej. Maszerując dalej doliną co chwilę przecinaliśmy potok, który teraz bardzo leniwie toczył wodę. Szlak często przechodzi nad nim po drewnianych kładkach, które przy tak niskim stanie wody są zbędne. Kawałek przed Przełęczą Majdan minęliśmy solidny zamykany schron. Pokusa zanocowania w nim zatrzymała nas na moment w jego wnętrzu. Tym razem zdecydowaliśmy się odpuścić i ruszyć do schroniska. Te parę kilometrów zrobionych w drodze do niego ujmowało nam drogi w dniu następnym.
Nie poszliśmy jednak najkrótszą drogą. Wielokrotnie miałem okazję przechodzić bagna między Przełęczą Majdan a Bacówką Bartne i kiedy tylko mogę omijam je. Robię to dosłownie szerokim łukiem. Szutrem, od jakiegoś czasu mającym znaki żółte, zeszliśmy do wsi i dalej drogą asfaltową dotarliśmy do schroniska. Dokładny przebieg tego obejścia można znaleźć na aktualnych mapach Beskidu. Przez asfaltowy odcinek eskortował nas sympatyczny psiak. Miał on w sobie coś z labradora. Był wesoły i ufny. Był też opiekuńczy. Umożliwił nam spokojne przejście przez wieś, w której jest całe mnóstwo hałaśliwych burków. Każdego kolegę, który szykował się do wybiegnięcia na drogę, utrzymywał w granicach posesji. Każdy z tych kundli czynił z osobna jazgot za trzech, on zaś nawet nie warczał tylko delikatnie mruczał. Trochę jak zaklinacz, albo ktoś pewny swojej siły. Gdy jego zaklęcia przestawały być potrzebne, bo zdążyliśmy się oddalić, doganiał nas i rozpoczynał radosny pląs. Pod drzwiami schroniska rozpłynął się jak cień.
A w środku przywitała nas barciańska atmosfera i jej mrukowaty sprawca. Co by o nim nie mówić, to bez problemu uraczył nas ciepłą strawą. A było już nie dużo do dziesiątej. Jak zawsze jego odpowiedzi na moje, jak myślałem proste pytania, nieco zbijały mnie z tropu. Jednak przy odrobinie dobrej woli dawaliśmy radę się porozumieć.

Dzień drugi niedziela
Bacówka Bartne- Baza Namiotowa w Regietowie

Ponownie na szlak wyszliśmy dość późno. Poranne dosypianie, toaleta i śniadanie zeszło nam do za piętnaście jedenasta. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z przejścia przez Nieznajową i z pierwotnych planów pozostało nam tylko zboczenie do cerkwi w Wołowcu. Odcinek od schroniska do Wołowca przeszliśmy nieco dłuższym wariantem. Początkowo do asfaltu za znakami niebieskimi a później drogą do samej cerkwi. Dzięki temu wstąpiliśmy po drodze na małą polankę z miłym oku widokiem.


Nasze tempo nie chciało w żaden sposób wznieść się ponad leniwe człapanie. Z pewnością wpływ na to miał niewielki dystans, który chcieliśmy przejść. Okolica także tchnęła sielskością i zachęcała przez to do lenistwa. A pogoda, która zaczęła wyraźnie się poprawiać, także utrudniała nam nabranie większego rozpędu. Cóż mieliśmy zrobić? Przecież nie ma sensu walczyć z taką nawałnicą przeciwności losu.
W Wołowcu najpierw pod cerkwią, a później nad rzeką zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Śliwka skorzystała z tego czasu i upichciła sobie owsiankę. Nad rzekę zawędrowaliśmy już właściwie wypoczęci i gotowi do drogi z zamiarem lekkiego odświeżenia się w niej. Ale urok zakątka obezwładnił tak Śliwkę, że musiała w nim posiedzieć choć chwilkę...
Gdy niespiesznie ruszyliśmy w dalszą drogę nasze miejsce nad rzeką zajął samochód. Zza zamkniętych szyb rwał się na wolność ryk tłumionej muzyki. Dźwięki  w pierwszej chwili sprawiały wrażenie nieprzyjemnych. Były bębniące i jakieś sztuczne. Zmieniło się to gdy otwarły się drzwi i mogły ony swobodnie ruszyć w świat. Miłe uchu rify punkrocka rozległy się kontrastując z majestatem drewnianej cerkwi patrzącej na to wszystko z góry. Idąc w swoją stronę ujrzeliśmy jeszcze olbrzymi irokez kierowcy.  Zabawne, ale w Beskidzie Niskim ta sytuacja była jakoś dziwnie na miejscu...
Droga do Krzywej początkowo nużyła swoimi szutrami, później natomiast męczyła kluczeniem pośród wysokich traw i ciągłym przekraczaniem strumieni.

Dopiero przed Popowymi Wierchami dała nam odpocząć od tych atrakcji. Szeroką łąką wspięła się w górę i zmieniła w las. A ten sprowadził nas do Ługu. Między Krzywą a Ługiem spotkaliśmy plecakowych turystów po raz pierwszy. Była to samotna dziewczyna i wędrujący samotnie chłopak, a daleko za nimi podążała większa paczka brodatych i roześmianych jegomościów.

Za Ługiem czekało nas ostatnie tego dnia podejście na Rotundę. Ten fragment strasznie się dłużył mimo, że w naszym marszu nie można już było dostrzec porannego marazmu. Gdy nieco zgrzani weszliśmy na szczyt pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa, po czym sprawnie zeszliśmy do bazy namiotowej.
W niej przywitali nas sympatyczny bazowy Janek i jego siedmioletnia pomocnica Aurelia. Szybko zostaliśmy poinformowani co wolno a czego nie, gdzie co jest i jak można zorganizować sobie ciepły prysznic. Gdy umyliśmy się natryskiem z konewki i ogarnęliśmy kąt do spania przyszła pora na posiadówę przy ognisku i ciepły posiłek. Jedzenie było nasze ale herbata Janka. Parzył on samodzielnie zerwaną świeżą mięte. Napar z niej jak wszystko gotowane na ognisku smakował nieco wędzonym.
Ze Śliwką już kiedyś korzystaliśmy z tej bazy. Było to jednak po sezonie i nie było w niej tak klimatycznie. Nikt nie częstował taką herbatą i nie można było się wykąpać w tak niecodziennej łazience. Janek podpytany opowiedział nam jak to jest z niedźwiedziami w tej części Beskidu. Jego zdaniem są rzadkością  na tamtych terenach i pojawiają się niejako tranzytem. Ale gdy już zaznaczą swoją obecność to stają się tematem dla miejscowych podczas sączenia piwa pod sklepami. Ot tacy niedźwiedzi celebryci. A pogaduchy i piwo pod sklepem to niemal tabloid w takich okolicach.

Dzień trzeci poniedziałek
Baza Namiotowa w Regietowie- Krynica

Wietrzna noc utrudniająca mi sen sprawiła, że nasze wyjście odwlekło się do dziesiątej. Gdy żegnaliśmy  się z Jankiem, dostaliśmy jeszcze kontakt do miejsca z przyzwoitymi noclegami w Krynicy. Wieczorem w rozmowie coś wspomniałem, że nie mamy gdzie zanocować w kurorcie i stąd jego gest. Po szerokim moście produkcji Lasów Państwowych ruszyliśmy aby zmierzyć się z Kozim Żebrem i jego osławionym zboczem. Właśnie tam spotkaliśmy paru harcerzy. Chłopaki twardo maszerowali w mundurach i rogatywkach. A żar powoli zaczynał lać się z nieba. Pewno za punkt honoru postawili sobie świecić przykładem i reklamować swoją organizację. Mnie na ich widok robiło się upiornie gorąco. Idąc Kozim Żebrem mijaliśmy się co jakiś czas. Ulgę w tym marszu dawał cień lasu, który rósł prawie do samej Chańczowej. Tam pod sklepem ostatni raz spotkaliśmy harcerzy. My w okolicach południa zrobiliśmy sobie pod nim przerwę śniadaniową, a oni z zakupami ruszyli dalej.

Po jakimś czasie podjęliśmy przerwaną wędrówkę. Czekał nas długi odcinek poprowadzony asfaltem.  Temperatura mocno dawała się we znaki. Wszystko za sprawą bezchmurnego  nieba nad głową i rozprażonego asfaltu pod nogami. Dobrze, że chociaż kojąco na zmysły działała zieloność łąk sielsko rozciągniętych po obu stronach drogi.

Gdy skręciliśmy do Ropek na parę godzin porzuciliśmy grzejący asfalt. Zamieniliśmy go na szuter. Z jednej strony na takiej nawierzchni można śmiało i szybko się przemieszczać bez obawy o pobłądzenie, z drugiej zaś jest ona mimo wszystko obciążeniem dla stóp. Znacznie mniej niż ścieżka leśna amortyzuje kroki. A wytchnienie od twardych dróg to było coś co coraz bardziej było potrzebne naszym stopom. Mimo lekkich sportowych butów obydwoje nabawiliśmy się pęcherzy. A pobłądzenie także nam się przydarzyło. Jednak porównanie mapy z okolicą i okolicy z kompasem sprawiło, że nie musieliśmy się wracać tylko wspomnianym szutrem dotarliśmy do szlaku. Obie drogi łączyły się w dalszej części ze sobą. Szuter dał nam jeszcze jedną rzeczą w kość. Wędrując nim pośród lasów mieliśmy wciąż nad głowami palące słońce. Cień okolicznych drzew bardzo rzadko docierał na nasz szlak. Gorąco stopniowo wysysało z nas siły. Gdy dotarliśmy do kolejnej drogi asfaltowej musieliśmy odpocząć.



Dalszą wędrówkę przez Banicę do Mochnaczki Niżnej będę kojarzył z pięknymi widokami. Zejścia czerwonego szlaku do obydwu miejscowości wiodą przez rozległe łąki. Dla nas lipiec zazielenił je malowniczo i dał pretekst do krótkich postojów aby nacieszyć nimi oczy. W Mochnaczce  zaszliśmy ponownie do sklepu i rozstrzygnęliśmy kwestię, którędy pójdziemy do Krynicy. Z powodu późnej godziny i obolałych stóp wybraliśmy asfalt. Był to wariant krótszy a i tak na kwaterze stanęliśmy około dziewiątej.


Dzień czwarty wtorek
Krynica- Rzeszów

Wieczorem podjęliśmy decyzje, że ostatni dzień przeznaczamy tylko na powrót do domu.  Początkowo planowaliśmy z Krynicy dojść przez Schronisko na Hali Łabowskiej do Piwnicznej. Jednak nasze skancerowane stopy powiedziały dość. Spokojnie wyspaliśmy się do oporu, zjedliśmy śniadanie i w okolicach południa ruszyliśmy snuć się po mieście. Zaopatrzyliśmy się, ja w pamiątki dla bliskich i oscypki, a Śliwka w książkę o Łemkowszczyźnie oraz podobnie do mnie w sery. Trzy godziny przeleciały nam przez palce i przed odejściem naszego pociągu poszliśmy kupić jakieś prowianty na drogę. W sklepie Śliwkę naszła ochota na arbuz. A, że najlepszy sposób na pokusę to jej ulec to też przystąpiła do wyboru apetycznej ćwiartki. Jakie było jej zdziwienie gdy okazało się, że arbuzy w tym sklepie wycenione są jako ogony wieprzowe. Przy kasie postanowiliśmy sprostować pomyłkę. Tym samym sprawiliśmy wielką uciechę całej obsłudze. Ten optymistyczny akcent, nie licząc naszej niemal sześciogodzinnej podróży, zakończył naszą wakacyjną wędrówkę przez zachodnią część Beskidu Niskiego. Było pysznie, ale może czas ponownie wybrać się gdzieś dalej?...


Lipiec 2016

zdjęcia Barsus i Liwia Sus

niedziela, 16 października 2016

Jack Wolfskin plecak Moab Jam 24- film

W tym krótkim filmie chciałem opisać główne cechy plecaka moab jam. Mam nadzieje, że udało mi się osiągnąć zamierzony cel. Mimo kilku niedociągnięć wierzę, że film będzie dla Was przydatny i dobrze pokaże charakterystykę tego produktu. Nie jest to relacja z wrażeń z użytkowania, ani recenzja a raczej dokładne pokazanie wszystkich istotnych elementów. Miłego oglądania.

video

niedziela, 9 października 2016

Piknik w stylu outdoor


W ostatni weekend tegorocznych wakacji wybraliśmy się do pobliskiej stadniny w Zabajce. Chcieliśmy zakończyć lato miłym dla córki akcentem. Gwoździem programu była przejażdżka konno i oglądanie mini zoo na terenie stadniny. Okazało się, że program zrealizowaliśmy na tyle szybko aby spokojnie móc podjechać nad pobliskie stawy w Lipiu. Miejsce przypadło nam do gustu i postanowiliśmy tam wrócić za tydzień na piknik.
Aby wyjazd był udany w plecaku nie mogło zabraknąć smakołyków, czegoś na obiad i turystycznej garkuchni. Z informacji umieszczonych w okolicy stawów wiedzieliśmy, że są one zarybione. Spreparowaliśmy zatem wędkę z dwóch starych strun gitarowych, kawałka drutu i nakrętki od butelki po wodzie mineralnej zamiast żyłki, haczyka i spławika. Wędzisko chcieliśmy dorobić na miejscu z kija. W plecaku wylądował także tarp i potrzebne do jego rozbicia elementy. Nie był on konieczny, ale dzieciaki uwielbiają wszelkie domki i namioty. Dodatkowo Lipie to dość popularne miejsce i dzięki tarpowi zapewniliśmy sobie nieco prywatności.

Na miejscu spędziliśmy trochę czasu na poszukiwaniu zakątka dla siebie. Gdy już go znaleźliśmy okazało się, że sąsiedzi są państwo z córką w podobnym wieku do naszej. Dzieci jak to dzieci nie potrzebowały jakichś specjalnych pretekstów do zawarcia znajomości i po chwili w najlepsze były zajęte sobą. Ja z żoną rozłożyłem tarp i zaczęliśmy przygotowywać obiad. Uzupełniłem też wędkę o kawałek badyla. Gdy przyszedł czas na posiłek okazało się, że dziewczynki gdzieś zniknęły i nie odpowiadają na nawoływanie. Zrobiło się nieco nerwowo. Rodzice nowej koleżanki Kai szybko zażegnali problem dzwoniąc do swojej córki.


Po chwili rozpoczęliśmy obiad w pełnym składzie. Moje dziewczyny ze smakiem pałaszowały pierogi a ja wcinałem jedną z najlepszych słodyczy jaką jest kiełbasa na gorąco. Posiłek na świeżym powietrzu jest tak wielką przyjemnością, że nie musi być wyszukany aby doskonale smakował.


Później nasze dziecko bez reszty oddało się wędkowaniu w towarzystwie koleżanki.


My natomiast oddaliśmy się słodkiemu lenistwu. Relaks nad spokojną wodą w ciepły dzień, pośród zieleni był wspaniałym dopełnieniem pikniku. Woda niosła głosy ludzi z przeciwnego brzegu a od czasu do czasu wszystko to kontrapunktował plusk skaczących w stawie ryb. Krótko mówiąc sto procent czystej sielanki.


Niestety ani się obejrzeliśmy a już trzeba było się zwijać. Kilka godzin minęło nie wiadomo kiedy. Na całe szczęście na Lipie nie mamy daleko i pewno jeszcze nie raz tam urządzimy sobie piknik. Zwłaszcza, że każde z nas miało wielką frajdę z tak spędzonego popołudnia. Ja z żoną cieszyliśmy się spokojem okolicy, córka z kolei zabawą w wędkowanie, towarzystwem koleżanki i obserwowaniem ryb.


wrzesień 2016

niedziela, 18 września 2016

Chuj z maluchem expedition

Prolog
Rzecz miała miejsce w 2008 r., a konkretnie w długi listopadowy weekend, którym obdarowała nas ojczyzna z okazji Święta Niepodległości. Plany były piękne i zakładały pętlę z Wetliny pasmem granicznym do schroniska pod Małą Rawką. Zaś spod Małej Rawki do Wetliny przez połoniny kolejno Caryńską i Wetlińską mieliśmy wrócić do punktu startu. Ech, plany, plany a w efekcie tak jak w tym powiedzonku: „Miało być tak pięknie a wyszło tak jak zawsze”. Wylądowaliśmy w Komańczy i zrobiliśmy zupełnie inną trasę, która z pierwotnym planem miała tyle wspólnego, że pętlą była i częściowo biegła pasmem granicznym. A poza tym była... O tym będzie później.


Siedzę nad herbatą w ciepłym schronisku i cieszę się jego atmosferą. Jest wieczór drugiego dnia naszej wędrówki. I chociaż tym razem już nie pójdziemy w góry nazajutrz, to nie jest mi żal. Pójść, to bym poszedł, ale nie żal mi, że wracamy. Teraz jest przyjemnie i ciepło, jestem czysty, a ludzie, których mam wokół siebie, są niesamowici. Takiej atmosfery jak tu w schronisku w Komańczy nie doświadczyłem w żadnym innym tego typu miejscu. Pełnia wrażeń i nastrojów. A mogło nie być tak różowo. Wystarczy napomnieć o dniu dzisiejszym, a i wczorajszy nie był pozbawiony doznań podnoszących ciśnienie. To właściwie czwarte miejsce, do którego trafiliśmy w poszukiwaniu noclegu. Po drodze były jakieś ruiny w Starym Łupkowie, lokal Radosne Szwejkowo tamże i nawet o mały włos nie kimalibyśmy na Końcu Świata. Na szczęście wizję apokalipsy zażegnaliśmy męską decyzją, a inne lokale... hmm, nie uprzedzajmy. Co z nimi? - będzie powiedziane w swoim miejscu i czasie. Opowieść wszak ma swoje prawa i porządek w niej być musi.

Wypad rozpoczynamy o jakiejś morderczej porze, bodaj o czwartej rano. Ale nic to, podniecenie nową przygodą w górach jest tak silne, że niweluje cały dyskomfort związany z krótkim snem. (Rano) jeszcze tylko szybkie śniadanie, parzenie herbaty do termosu na później i wybywam z domu.
Z Michałem jesteśmy umówieni tam gdzie zawsze. Ja jak zwykle jestem kilka minut przed czasem. Jest nieco zimno i odczuwam to mimo ubranej koszulki termo, softu i przeciwdeszczówki. Po jakiejś chwili słyszę nadjeżdżającego malucha, a za moment ukazuje mi się on na oczy. To Michał dziarsko nawija wstęgę szosy na opony swojego wehikułu. W ten zimny listopadowy przedświt ani ja ani mój partner nie podejrzewamy, że ów kaszlak będzie jednym z głównych bohaterów naszego wyjazdu i, że to on będzie podejmował za nas kluczowe decyzje.
Tutaj jestem winien kilka słów opisu naszego automobilu. Ma on kolor czerwony więcej niż 1,5 dekady na swoim karku i gdy się zagrzeje to potrzeba mu 30 min na to, aby mógł ponownie ruszyć w drogę.
Nasza trasa w Bieszczady wiedzie z Jasła przez nowy Żmigród, Duklę, Komańczę, Cisną do Wetliny. Pierwsza przerwa techniczna łapie nas Kawałek za Duklą na drodze biegnącej do przejścia w Barwinku. Jednak jest ona planowa, mimo, że miejsca gdzie wypada nikt nie jest wstanie zaplanować. Po ostudzeniu gorącego temperamentu nasze autko jest gotowe do drogi, w którą niezwłocznie ruszamy. Drugi pitstop i jak się okaże ostatni w drodze w tą stronę, łapie nas jakieś 6 km przed Komańczą. Przygotowani na narowy naszego rumaka grzecznie zjeżdżamy na pobocze i dajemy mu czas na ostudzenie emocji. Noc tym czasem powoli traci na ciemności.
Po odczekaniu przepisowej liczby minut Michał próbuje ruszyć i początkowo nawet daje radę. Ale autko zaczyna się buntować. Nie ciągnie już tak dziarsko na przód i blask w oczach jakoś tak mu mętnieje i przygasa. Próby reanimacji także nic nie dają. Na pych fiacik także nie odpala. Całe szczęście do Komańczy jest już blisko i dajemy radę się do niej jakoś dowlec. Trochę pchając, a trochę wiosłując.
Wiosłowanie polega na toczeniu się z lekkiej górki z uchylonymi drzwiami i wystawioną jedną nogą, tą bliższą drzwi. Służy ona do odpychania się jak na hulajnodze od nawierzchni naszych pięknych asfaltów. Maluch jak widać nie jedno ma imię i oblicze. Jak sami dowodzimy zmieniając go w łódź czy jak kto woli w hulajnogę. Aby nie przeciągać sprawy z maluchem, należy tylko napomnieć, że zostaje on u mechanika, cudem znalezionego w czas długiego weekendu.
A my? Nie, my nie zostajemy u mechanika. Zarzucamy wory na plecy i ruszamy dziarsko w nieplanowane ostępy Bieszczadów. Wychodzi na to, że najlepiej z Komańczy będzie się nam wbić w główny szlak beskidzki i ruszyć nim w stronę Duszatyna i Chryszczatej. A co dalej zrobimy? To się zobaczy później.
Ja przemierzam po raz drugi ten odcinek czerwonego szlaku, a Michał chyba po raz pierwszy. Ostatnio byłem tu cztery lata temu i był to pierwszy mój samodzielnie organizowany wyjazd w Bieszczady. Teraz idzie się bardzo przyjemnie i nie trzeba tak jak poprzednio bawić się w łamigłówki jak tu nie wpaść w błoto do połowy łydki. Pierwszy odcinek między Komańczą a osadą Duszatyn przebiega dość monotonnie. Niespiesznie idąc rozprawiamy o rzeczach różnych i powolutku wbijamy się w rytm marszu. W między czasie pogoda klaruje się na typową raczej dla września niż listopada. Znaczy się jest słonecznie i niezbyt gorąco, ale wystarczająco aby w marszu było ciepło. Po jakimś czasie z lasu wychodzimy na drogę, którą przyjdzie nam przedeptać parę kilometrów zanim odbijemy na szlak prowadzący do duszatyńskich jeziorek. Krok za krokiem odmierzamy stukiem treków kolejne metry drogi. Robi się tak jakoś smętnie. Monotonia w pewnym momencie sznuruje nam usta i zaczyna być słychać prócz kroków tylko miarowe oddechy naszej dwójki. Na szczęście plecaki są lekkie, załadowane tylko niezbędnym minimum żarcia, ciuchów i śpiworami. Gdyby przyginały nas do ziemi swym ciężarem stałyby się pewno idee fixe naszych rozmyślań, a tak myśli mogą ulecieć gdzieś w dal. W pewnym momencie odpływam i rejestruje tylko rzeczy niezbędne z zewnętrznego świata potrzebne do sprawnego przemieszczania się.
- A Chuj z maluchem!- Ostre słowa nie pozbawione jednocześnie pewnej dozy tumiwisizmu wyrywają mnie z umysłowego letargu. Michał przegryzł się przez balast, który ciążył mu od rana. To męskie krótkie zdanie jest punktem zwrotnym tego wyjazdu. Wraz z nim ulatuje coś, co ciążyło nam obu i dzięki temu idzie się nam od tej pory raźniej. Ponad to panaceum zawarte w tych słowach pomaga nam poradzić sobie z każdym dylematem tego wyjazdu.
Po jakimś czasie robimy krótki postój przy opuszczonej stacji kolejki wąskotorowej. Zdaje się, że w sezonie dawniej była tam jakaś mała jadłodajnia. Wykorzystujemy ją na zmianę garderoby to, co zbędne odkładamy do plecaków i ruszamy dalej. Niedługo potem odbijamy na szuter, który przechodzi w ścieżkę szlaku nad Jeziorka Duszatyńskie. W pewnym momencie zamiast iść za znakami idziemy za szutrem. Na szczęście szybko orientujemy się w pomyłce, a po za tym: Chuj z...
Gdy docieramy nad jeziorka jest już koło południa i wypada coś przekąsić. Znajdujemy jakieś zwalone drzewo. Buty spadają ze stóp, a z plecaków wyskakują bułki i termosy. Jest przyjemnie. Mimo, że zaczyna nam robić się nieco chłodno w bezruchu, to okoliczności przyrody wynagradzają nam z nawiązką ten dyskomfort.






Wreszcie zbieramy manele i ruszamy w stronę Chryszczatej. Po drodze mijamy tablicę pamiątkową, która jest poświęcona leśnikowi rozszarpanemu przez niedźwiedzia. Od tej pory zaczynamy brnąć pod górę i ja zostaje z tyłu coraz bardziej. Jednak zaciskam zęby i staram się jak najmniej przystawać dla odpoczynku. Człapiąc tak nieśpiesznie mijamy mogiły, które zdaje się pochodzą z czasu pierwszej wojny światowej. A na grobach odpoczywa kilku jegomościów z gpsami i wykrywaczami metalu. Ciekawe, czy to hieny cmentarne? Czy raczej poszukiwacze fragmentów broni, których groby w ogóle nie interesują? Pozostawiamy ich samych sobie idąc w swoją stronę. Na szczycie Chryszczatej dokonujemy wyboru trasy na resztę dnia i ruszamy za czerwonymi znakami, aby po jakimś czasie odbić w stronę Woli Michowej.
W miejscu gdzie porzucamy szlak i wbijamy się w coś przypominającego mocno wyeksploatowany asfalt spotykamy turystów zmierzających do okolicznego kamieniołomu. Jest już dość późno, przecież mamy już listopad. A jak wynika z mapy to mają oni do przejścia spory kawałek drogi i to tylko w jedną stronę. A co z powrotem? Napomykamy im o naszych wątpliwościach. Ale oni zdają się wiedzieć lepiej czy to ma sens. Właściwie wolna droga, są dorośli. Jednak to, że nie mają nawet mapy świadczy na ich niekorzyść i czyni wątpliwym sens podjętej decyzji. I nie chodzi o to, że to taka trudna trasa, ale o to, że chcą się błąkać w nieznanym terenie po zmroku. A do niego jeszcze maksymalnie dwie godziny, które strawią najprawdopodobniej na samo dojście do celu.
Tym czasem my ruszamy do Woli Michowej. Czeka nas spory kawałek deptania, wspomnianym wyżej asfaltem. Nie jest to najprzyjemniejsza część tego dnia tym bardziej, że niżej droga zmienia się momentami w rozjeżdżoną kołami ciężkiego sprzętu masę lepkiego błocka. W pewnym momencie mijają nas turyści zmechanizowani. Znaczy się paru rozbijaków na kładach. Pewnie wypłoszyli wszystkie zwierzęta w promieniu kilku kilometrów. Mimo, że nie podoba mi się gdy ktoś wdziera się takimi hurkotnikami w miejsca gdzie hałas jest jak cierń wbity w tyłek, to gdy mam iść asfaltem chętnie pożyczyłbym od nich taki pojazd. Nic to, marzenia marzeniami, a iść trzeba dalej. Gdy dochodzimy do celu przechodzimy obok gospodarstwa, po którym dość swobodnie gania agresywny pies. W obawie, że gdzieś ma on otwartą furtkę lub przesadzi ogrodzenie rozpinamy pasy biodrowe, aby w razie konieczności zrzucić plecaki i dać nogę na lekko.
Na szczęście cali, zdrowi i nieuszczupleni o nasz bagaż docieramy do latarni wagabundy. Miejsca gdzie zmęczeni wędrówką zażyjemy ciepłej strawy i kąpieli. Dzięki uprzejmości Pani z bufetu możemy się nie martwić wczesnym wymarszem. Konkretnie problemem, niewielkim dodajmy, jest ciepła herbata na następny dzień. Ale zostaje on rozwiązany przez tą Panią, która pożycza nam czajnik. Resztę wieczoru spędzamy z gospodarzami i ich gośćmi w świetlicy.

Tamże zostajemy okrzyknięci niedźwiedziami. A to z tej przyczyny, że gdy wszyscy opatuleni w jakieś dresy trzęsą się z zimna i złaknieni ciepła łapczywie czekają na chwilę, gdy kominek podniesie wyczuwalnie temperaturę, my spokojnie paradujemy w krótkich spodenkach i klapkach. Mimo miłego towarzystwa uznajemy , że czas na nas. Już to z przyczyny zmęczenia, a już to dlatego, że przypadkowo, siedząc w świetlicy, wpadamy w środek spotkania wspominkowego i slajdowiska z podróży do Ziemi Świętej. My wspominać nie mamy czego, a i nastrój nasz nie jest adekwatny do takich rozrywek. Udajemy się więc do naszego pokoju. jeszcze małe conieco złożone z konserw, telefon do żony i idziemy spać.
Pobudka jak zwykle w górach jest raczej wcześniej niż później. Gdyby nie to, że robi się coraz jaśniej można by mniemać, że to zmierzch dnia poprzedniego. Latarnie Wagabundy opuszczamy jeszcze, gdy wszyscy śpią. Po przejściu przez Wolę Michową odbijamy w stronę szlaku granicznego. Jednak nie dobijemy do niego ścieżką turystyczną tylko tak jak tygrysy lubią najbardziej, na azymut. Jesteśmy trochę zaniepokojeni czy poradzimy sobie z poruszaniem się takim sposobem. Ale mniej więcej po godzinie dochodzimy na pasmo graniczne i wpadamy na z góry zaplanowany słupek wyznaczający pas między dwoma krajami. Od tej pory będziemy już maszerowali szlakiem aż do Starego Łupkowa. Nic prostszego. Nawet gdy będzie problem ze znakami, to jeszcze mamy ułatwienie w postaci słupków granicznych. Droga jest przyjemna. Raczy nas widokami zwłaszcza strony słowackiej. Gdzieniegdzie napotykamy pozostałości ufortyfikowań w postaci resztek okopów. Niestety pogoda jest gorsza niż dnia poprzedniego. I mimo, że nie pada, to widoczność uniemożliwia wykonanie nam zdjęć, które by oddawały urok tej drogi.

Mimo, że miejsce było naprawdę przyjemne to, opowiadać nie ma czego, bo ile słów można poświęcić miarowemu tuptaniu? A każdy wie jak wygląda brnięcie przez mało uczęszczane szlaki: a to jakieś liście po kolana, a to jakieś tarniny, a czasem śmigłowiec straży granicznej nad głową. Po prostu chleb powszedni turysty. Opowieść nabiera rumieńców dopiero w momencie, gdy dotarliśmy do miejsca, w którym wypadało zejść ze szlaku.





Plan był taki, że idziemy do Starego Łupkowa. Z mapy wynikało, że naszą drogę przetną tory kolejowe, wzdłuż których będziemy od tej pory szli aż do przysiółka. I wszystko szło pięknie, ładnie. Szlak wiódł nas bez przygód, a jak znikał to słupki graniczne były pomocą. Aż dotarliśmy do tego , który wyznaczał nam moment zejścia. Ale zaraz, zaraz gdzie są tory? Jak to nie ma? Przecież na mapie są. I co z tego, tu ich nie ma. To też zaczęliśmy ich szukać. Tak jakby tory można było przeoczyć. W wyniku tych poszukiwań popieprzyły się nam całkiem kierunki. Zacząłem się upierać, że strona gdzie ewidentnie jest Słowacja to Polska. Ale jakoś dajemy radę. Gdzie intuicja zawodzi, tam sprawdza się stary dobry kompas. I po chwili wiemy już wszystko. Schodzimy do jakiegoś siodła między dwoma wzniesieniami i zaczynamy iść według wskazań kompasu. Oj nieprzyjemna to droga. Mówiąc krótko - chaszczowanie. A rozwlekle - przedzieranie się od gęstwiny do gęstwiny. Jedna gorsza od drugiej. Brniemy już tak ładnych parę minut, gdy Michał dostrzega tory u stóp swoich. Oj dobrze, że zobaczył, a nie wpadł na nie, bo od jego stóp do torów jest jakieś 5 m w pionie.
Po chwili rozumiemy już wszystko. Siodło to był dach, a tory szły tunelem. Drobne przeoczenie, a ile kłopotu i nerwów. Jedyne co nas usprawiedliwia to, to że trasa była nie planowana. Co za tym idzie nie zbieraliśmy na jej temat informacji. A to zaowocowało tym, że tunel był ostatnią rzeczą, której spodziewalibyśmy się w tym miejscu.
Rzecz jasna nie odmawiamy sobie zwiedzenia tunelu i przechodzimy nim na stronę słowacką. Dla mnie jest w nim na tyle ciemno, że wyciągam czołówkę. U sąsiadów Michał jeszcze raz wchodzi na jego dach. Jeszcze kilka fotek i wracamy do kraju. Marsz kontynuujemy dalej torami. Nad naszą drogą w pewnym momencie widzimy ruiny jakiegoś opuszczonego budynku i dochodzimy do wniosku, że nadawałyby się one na nocleg gdyby nie udało się znaleźć żadnego innego.
Po dotarciu do zabudowań Starego Łupkowa odnajdujemy Radosne Szwejkowo. Jest to gospodarstwo, które polecił nam właściciel Latarni Wagabundy. Jednak mamy pecha. Nie zastajemy właścicieli i pocałowawszy klamkę odchodzimy w swoją stronę. Na mapie Michał znajduje miejscówkę o ostatecznie brzmiącej nazwie - Koniec Świata. Ustalamy, że to tam teraz się udamy.
Droga nie nastręcza żadnych trudności. Ale nic dziwnego, jest płaska a biegnie ona szutrem. Gdy docieramy do kolejnego przystanku na mapie naszych poszukiwań noclegu okazuje się, że bacówka z zewnątrz jest całkiem sympatyczna. Jednak w środku zmartwieni brakiem bieżącej wody i tym, że rezydenci grożą nam koniecznością gry na gitarze, rezygnujemy z noclegu w tym miejscu i ruszamy do Komańczy. Nasi nowi znajomi patrzą na nas nieco dziwnie. Chyba jak na idiotów. A tony ich głosów nie pozostawiają w tym względzie żadnych wątpliwości i to co maskuje wyraz twarzy wyłazi przy każdym słowie.

Jak teraz o tym myślę to wybrzydzaliśmy, oj wybrzydzaliśmy. Nieprzymierzając jak francuskie pieski. Zważywszy na to, od jakiej miejscówki zaczynaliśmy planowanie noclegu na ten dzień.


Ale jak to mówią: raz tylko matka rodziła. Nie ma co dywagować, trzeba ruszać. Robi się już coraz ciemniej a przed nami kawał drogi. Z każdym krokiem dzień traci na jasności i temperatura spada odczuwalnie. Na grzbietach lądują texy. Dobrze, że droga w dalszym ciągu jest wyraźna. Co jakiś czas mijają nas samochody jadące w obie strony. Niestety kierowcy tych jadących nam zza pleców są nieczuli na nasze machanie. W ten sposób mijamy zakład karny i Nowy Łupków dochodząc wreszcie do drogi między Wolą Michową a Komańczą. Tutaj z początku także nie jest wesoło. Liczymy, że ktoś się wreszcie zatrzyma. Jednak jak na złość kolejne samochody mijają nas nawet nie zwalniając. Jesteśmy padnięci, jest ciemno i droga na piechty coraz mniej różowo się nam jawi. Wreszcie ktoś lituje się nad nami i zjeżdża na pobocze. Jak to mówią na rodzinę zawsze można liczyć. Szybko ładujemy się na tylne siedzenie land rowera i nie przeczuwamy tego, co zaraz się okaże.
Tak szybko jak wsiadamy, tak i rusza auto naszych dobroczyńców. Zaczynamy konwersować o tym skąd idziemy, Michał, który marzy o tego typu samochodzie, dopytuje jak taki się sprawdza. W międzyczasie zahaczamy o wykorzystanie gps w jeździe samochodem. Wreszcie zostajemy zapytani skąd jesteśmy. Ja mówię, że mieszkam w Krakowie a pochodzę z Rzeszowa, a Michał zaś od słowa do słowa z kierowcą dochodzą do wniosku o łączącym ich pokrewieństwie. Więzy krwi to z tych piąta woda po kisielu, ale rodzina jest rodzina. Chyba fortuna czuwała nad nami tego dnia. Niestety do celu docieramy szybciej niż byśmy chcieli i z familią kolegi trzeba się pożegnać. Teraz jeszcze tylko parę kroków i będziemy w schronisku. Ale co to? Podjeżdża do nas furgonetka. Jak trzeba było to prawie nikt się nie chciał zatrzymać, a teraz już nie potrzebujemy. Jak się okazuje za chwil kilka, dobrze, że już nie potrzebowaliśmy. Boczne drzwi pojazdu odsunęły się z rozmachem i hukiem. A jakiś mocno nietrzeźwy jegomość zaproponował nam podwózkę. Stwierdził jednocześnie, że jest ich w środku już czternaścioro, ale jeszcze dwóch kolesi z tobołami nie robi różnicy i on się nie lęka o pojemność wana. Grzecznie wymawiamy się z jazdy i ruszamy w swoją stronę.
Oprócz ciepła wita nas w schronisku przyjemna atmosfera, którą rostaczają gospodarze. Jest też wszystko, czego pragnęliśmy na zakończenie tego dnia: prysznic, czyste łóżka i ciepłe jedzenie. A nagrodą za trudy w dotarciu tu jest absolutnie gratisowa szarlotka z posypką i ciastka, takie z cukrem na wierzchu.

Siedzę teraz tu i delektuje się tym wszystkim. Zmęczenie daje znać o sobie i podejmujemy z Wujkiem męską decyzje o udaniu się na spoczynek. Aż dziw, że nie od razu walimy w kime, tylko jeszcze się nam zbiera na snucie historii.

Epilog
Dzień trzeci to już powrót do Jasła naszym narowistym maluchem. Bogu, dzięki, że nie trzeba było wiosłować ani pchać piekielnika. Ale nie obyło się bez postojów na schłodzenie. Co więcej, aby oszczędzać akumulator musieliśmy łamać przepisy, zwłaszcza jadąc z góry na dół. Momentami było to nieco straszne, zwłaszcza gdy mocniej zawiało z boku, a fiacik zaczynał myszkować po drodze. Aaaa, zapomniałbym, o najważniejszym! Pewnie zachodzicie w głowę, co mu było? Szlag trafił alternator.
A chuj z maluchem! :D


Tekst pierwotnie  opublikowałem na outdoor.org.pl kilka lat temu.
Zdjęcia M. N.