Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gawędy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gawędy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 listopada 2021

Paralela


W tym roku wakacje wyglądają dość specyficznie. Nigdy bym nie przypuszczał, że przerzucę się na rower w takim stopniu. Uskuteczniam od jakiegoś czasu krótsze bądź dłuższe wypady w kierunku Pogórza Strzyżowskiego. Rower okazał się być doskonałym sposobem na wykorzystanie kilku godzin, na które mogę sobie pozwolić raz na jakiś czas. Jest szybko, jest sprawnie, nie marnuje czasu na zbędne dojazdy.

Jestem częstym gościem w okolicy Rezerwatu Wielki Las. Główna droga doskonała na wędrówkę, wspaniała na biegówki, okazuje się także świetna na rower. Gdy jadę pomiędzy ścianami lasu i mijam kolejne odbicia dróg, coś mnie chwyta  za duszę. Wielka pokusa, żeby pomyszkować po tych wszystkich drogach. Pokusa jest olbrzymia, ale nie mogę jej ulec. Warunkiem sprawnego pojawienia się w domu jest nie zmienianie pierwotnych planów. Te poboczne wątki przypominają mi jednak mojego syna i poranne zabawy z nim. Gdy Piotruś jeszcze pełzał często widywałem taki obrazek. Na horyzoncie zabawka, która stała się powodem do tego, aby się przemieszczać. Jak to bywa, po drodze także było wiele interesujących obiektów. Często kończyło się porzuceniem pierwotnego celu na rzecz pobocznych ciekawostek.

To zupełnie tak jak w życiu. I to nie tylko w tym codziennym, ale i tym turystycznym. Gdzie są te Ukrainy, Norwegię, i Ameryki. gdzie podziały się te ambitne plany wyjazdów na Alaskę, do Patagonii, na Hardangervidda czy w Sajany. Z biegiem czasu gdzieś przestawały rozpalać umysł, a ja realizowałem się w tym co pod bokiem. Nie umiem dziś powiedzieć czy to dobrze, czy źle. Uderza mnie przede wszystkim to, że mimo upływu lat i dojrzewania często nie jesteśmy daleko od tego gdzie byliśmy jako ledwo pełzające szkraby...

 


Listopad 2021  r.

niedziela, 14 marca 2021

Dwie strony tej samej monety


 

Jedziemy razem z M i C na biegówki.  Naszym celem jest las rozciągający się między Czudcem a Wolą Zgłobieńską. To mój nowy wynalazek. Niedawno zastanawiałem się, jak to miejsce sprawdzi się na narty. Gdy parkujemy samochód pod szlabanem, termometr wskazuje jakieś -10 stopni. Jednak kompletnie tego nie czuć. Słoneczny poranek i suche powietrze odpowiadają za taki stan rzeczy.

sobota, 5 grudnia 2020

Psikus czyli o adekwatności wiersza


Parę ładnych lat temu popełniłem piosenkę jako całość. Znaczy ułożyłem słowa do wymyślonej przez siebie muzyki. Trochę pod wpływem osobistych refleksji, ale i także w porywie twórczym wyszło z tego nieco więcej niż własne doświadczenia. Nie była to pierwsza z moich piosenek. Przez lata zebrało się ich parę. Czasami, gdy wracałem do nich myślami miałem wrażenie, że są one czymś w rodzaju zapisu przeczucia, które z czasem wypełnia się w moim życiu. Dziś już tak nie myślę, bo zbyt często słowa nie korelują z rzeczywistością. Ale jeden z tych tekstów jest swoistą antyklamrą do paru moich przygód...

 

czwartek, 27 lutego 2020

Gwiazdy, gwiazdki, gwiazdeczki

Schronisko na Leskowcu - przykład schroniska w ogóle

Zeszliśmy z gór. Siedzimy  w knajpce, znanej nam z poprzednich pobytów w Piwnicznej. Mimo, że jedliśmy po liofilu w trasie, to nasze organizmy domagają się płynów i jedzenia. Pim zamówił coś na bogato, a ja jak stary sknera talerz rosołu i kawę late. W lokalu jest ruch i obsługa uwija się jak w ukropie. Mają oni ręce pełne roboty nie tylko przez licznych gości, ale i przez szczupłą obsadę kelnerów. Gdy decyduję się na kolejną kawę i ciastko do niej, zaczepiony pan z obsługi szybko stawia przede mną słodką przekąskę, jednak o kawie zapomina. Gdy po chwili zaczepiam go ponownie i przypominam grzecznie o napoju ten zawstydzony przeprasza po czym rzuca się do realizacji zamówienia. Za moment kawa stoi na moim stoliku. Kelner ponownie mnie przeprasza. Zapewniam go o tym, że nie ma problemu i grzecznie dziękuję. Nie mam do niego najmniejszych pretensji. Facet na prawdę ma pełne ręce pracy, a biega jakby paliła mu się podłoga pod stopami. Każdy mógłby zapomnieć w takiej sytuacji. Ale to wydarzenie sprawia, że mimochodem moje myśli wracają do sytuacji z wczorajszego wieczora...

Siedzimy już w schronisku pod Przechybą. Nie chcemy nic konkretnego do jedzenia. Zadowalamy się Coca Colą i lodami. Gdy Michał łapie pierwszy oddech idzie załatwić sprawy meldunkowe. Ja nadal siedzę w jadalni. Pilnując bagaży wpadam w lekko apatyczny stan bezmyślnego wyłapywania urywków rozmów otaczających mnie ludzi. Nagle dociera do mnie coś w tym guście:
- Wyobraź sobie, że bufet jest czynny tylko do osiemnastej!
- Jak to? Przecież oni będą dopiero o dwudziestej i będą chcieli zjeść coś na ciepło.
- Nie wiem! Ale to schronisko nie dostanie ode mnie gwiazdek Google...
Gdy opowiadam to Pimowi dochodzimy do wniosku, że ktoś z obsługi pewno wpadnie w "czarną rozpacz". Zastanawiamy się także, czy mają może menadżera do spraw mediów społecznościowych? Jeśli tak to zapewne jegomość ma do dyspozycji jakąś starą kanciapę w piwnicach budynku, wygląda jak archetyp informatyka z lat dziewięćdziesiątych i siedzi tam wpatrzony w monitor 24 h na dobę 7 dni w tygodniu. A jego ulubionym hobby jest sprawdzanie ilości gwiazdek Google. Gdy wynik spada poniżej pięciu dostaje stanów przedzawałowych.
Po chwili stwierdzam jednak, że to znak czasów i coraz częściej będziemy mieli do czynienia z takimi postawami. Co więcej coraz częściej gwiazdki będą miały znaczenie przy wyborze rozrywek, lokali lub miejsc noclegowych. Młodzi będący za pan brat z mediami społecznościowymi będą te opinie traktować jak prawdy objawione. Gwiazdki wreszcie zdehumanizują to co w środku stworzyli ludzie. Nikt nie pomyśli, że przecież obsługa schroniska też potrzebuje odpocząć. Że ci ludzie by zapewnić sprawne funkcjonowanie obiektu często wstają bladym świtem. Od nich będzie się tylko wymagać. Goście widzą tylko, że jest ciepło, że nie ma ciepłej wody, że sala jadalni służy do głośnych posiadów do białego rana. Nikt nie pomyśli, że trochę jak w teatrze, większość pracy jest skryta za tylną ścianą sceny. Oni widzą tylko mniej lub bardziej zadowalający efekt na scenie. Może to jest właśnie problem? Cała praca schroniskowych aktorów jest bardziej rolą statystów. Oni przemykają się w ciszy do swoich obowiązków między gośćmi obiektu. Kuchnia i podawanie posiłków mają osłonę ścian przed wścibskim wzrokiem gości. Jednak to także sprawia, że nie widać ogromu ich ciężkiej pracy, a nie zawsze można trafić na kogoś z wyobraźnią. Czasem trafi się ktoś z postawą: klient płaci, klient wymaga...

Pim objedzony po kokardę prosi o rachunek. Regulujemy płatność i zaczynamy zbierać sprzęt. W głośnikach słyszę kolejną piosenkę Queen. Bardzo mi to odpowiada. Lubię Queen. Jest mi dobrze, jedzenie i napoje były jak nagroda po dobrze wykonanej pracy. Przypomina mi się nasz ostatni pobyt w tej knajpce i, że w tv były skoki narciarskie, a zawodnicy mieli na kombinezonach znaczki LA Sportiva. Tym razem skoków nie było. Czuję się nieco "zdegustowany". Cóż chyba nie dostaną ode mnie gwiazdki w Google. Ale nie za brak skoków. Ja po prostu nigdy nie dałem nikomu gwiazdki w Google. Jestem skamieliną minionych czasów i wolę napisać pięć tysięcy słów by wrzucić je na bloga licząc przy tym, że kto przeczyta ten wyciągnie własne wnioski.

ps
Zdjęcie z archiwum własnego przedstawia Leskowiec. Niestety nie posiadam dobrej fotografii Przechyby, a jakieś zdjęcie wypadało zamieścić. Ponad to opisana sytuacja mogła się wydarzyć równie dobrze na Leskowcu czy na Bartnem.

piątek, 6 grudnia 2019

Obrazki z wyprawy - Bułgaria


Siedzę sobie w domu i spokojnie stukam w klawisze komputera. Kaloryfer za moimi plecami jest ciepły, a słońce za oknem już nie grzeje jak dwa tygodnie temu. Noce są coraz zimniejsze i regularnie ocierają się o przymrozki. Świat coraz wyraźniej szykuje się do jesieni i aż trudno uwierzyć, że cztery dni temu biegałem w samych kąpielówkach po bułgarskiej plaży smażąc się w ponad trzydziestostopniowym upale...

środa, 13 listopada 2019

Borem, lasem


W plecaku mam poncho i spodnie membranowe. Ostatni czas był bardzo deszczowy i nadal nad okolicą wisi ryzyko opadów. Na nogach w obawie przed błotem mam wysokie buty, a w bagażu krótkie ochraniacze. Kije mimo marszu po płaskim też będą nie od parady. Ale prócz szpeju mam coś smacznego, termos z aromatyczną herbatą i kuchenkę, żeby zaparzyć sobie świeżą kawę. Zapowiada się miłe leśne popołudnie...

niedziela, 3 listopada 2019

Jesień w Beskidach Zachodnich post scriptum czyli tumiwisizm podróżnika

przypadkowe zdjęcie z archiwum własnego

Dojeżdżamy do Krakowa. Przed chwilą jakieś nieopaczne szarpnięcie busa wyrwało mnie z błogiej drzemki. Mijamy pętlę w Borku, mijamy Łagiewniki i grzęźniemy w olbrzymim korku pod Elbudem. Spoglądam na zegarek i myślę, że spokojnie zdążę na pociąg do Rzeszowa. Mam jeszcze niemal godzinę do odjazdu.
Niestety, nasze tempo wyraźnie się nie zmienia. Minuty uciekają, a pozostała godzina topnieje i już wiem, że nie zdążę. Siedzę spokojnie i się nie gorączkuję. Jednak atmosfera w busie zaczyna gęstnieć. Pozostali pasażerowie stopniowo okazują coraz większe zniecierpliwienie. Zaczyna się niespokojne szperanie po sieci. Kilka osób wyładowuje swoją frustrację w rozmowach przez telefon.
- No jadę... Na Matecznym... Czemu? Zamknęli Krakowską i Konopnickiej bo jest Półmaraton... Tak! Czekaj na mnie... A najgorsze jest, że nie mogę napić się kawy. Och, nie mogę!..
Gdy dobiega nas ta rozmowa spoglądam na Pima, a on na mnie. Obaj się uśmiechamy i nie musimy nic mówić.
Siedzimy spokojnie, a upływający czas nie podnosi nam ciśnienia. Wyglądam przez szyby. Jestem ciekawy jak bardzo zmieniła się okolica, w której mieszkałem przez dwa lata. Widzę, że przybyło budynków. Po chodnikach przemieszczają się piesi i znacznie więcej niż kiedyś rowerzystów. Drzewa pod Galerią Kazimierz mają wybujałe korony. A pamiętam, jak były jeszcze wiotkimi badylami wspierającymi się na drewnianych tyczkach. Inni pasażerowie korzystając z postojów na licznych światłach stopniowo przesiadają się na komunikację miejską. W efekcie na dworzec dojeżdża tylko garstka ludzi. Zdążyłem sprawdzić, że mam nieco później kolejny pociąg do domu. Ale i tu temat trzeba będzie sprawnie spiąć. Sprawnie nie znaczy nerwowo. Nawet pomimo tego, że z busa wysiadam gdy został mi ledwie kwadrans do odjazdu pociągu. A trzeba jeszcze sprawdzić, skąd mam odjazd.
Na trzecim peronie stoi tylko jeden skład. Nie przychodzi mi nawet do głowy, żeby weryfikować czy to właściwy. Szybko żegnam się z Michałem i wsiadam do wagonu. Jest luźno i mogę spokojnie zająć pierwsze wolne miejsce. Ściągam buty, otwieram wodę i sięgam po chałwę, która została mi z wyjazdu. Pociąg rusza. Ups! Ale zamiast na wschód to w kierunku Katowic. Dalej jakoś nie chce mi się tym przejmować. Ruszył, to już ruszył. Przecież nie będę skakał z niego w czasie jazdy. Poza tym w kieszeniach i plecaku wiozę całe pokłady spokoju, których nazbierałem przez cztery dni wędrówki. Myślę, że trzeba będzie wysiąść na najbliższej stacji, na której będę mógł się przesiąść na pociąg w kierunku Przemyśla. I nagle mnie oświeca. Przecież pociągi na Podkarpacie teraz jadą dookoła Krakowa. Odgryzam kawałek chałwy i pozwalam się wieźć w dal Polskim Kolejom Państwowym...

czwartek, 26 kwietnia 2018

Zapach

Myślałeś kiedyś jak pachną góry?
Chodzi mi o coś, co byłoby wyzwalaczem wspomnień. Żeby, gdy to poczujesz stanęły Ci przed oczyma konkretne miejsca.
Dziwisz się? Nie potrzebnie.
Na pewno znasz takie zapachy. Może one są tylko twoje, może nie działają na nikogo innego, ale na pewno je masz. Zapach szkolnych korytarzy, perfumy jakiejś dziewczyny, stęchlizna piwnicy twoich dziadków - wszystko to może wyzwalać wspomnienia lepiej niż cokolwiek innego. Wszystko to może wywołać w głowie obrazy, emocje. Może sprawić, że przypomnisz sobie to, o czym zdążyłeś zapomnieć. Dzięki nim może nawet przypomnisz sobie jak się czułeś przed kartkówką z matematyki. Zapachy są jak film. Ba, one są lepsze niż film!


 No dobra tę kartkówkę zostawmy w spokoju. Ale wiesz już o czym mówię? To dobrze. W takim razie jak pachną góry?
Góry które znam są lesiste i mnóstwo w nich łąk. Ale zapach butwiejącego drzewa i aromat grzybni jest taki sam we wszystkich lasach. A łąki? Przecież potrafią pachnieć tak intensywnie? Gdy trawa na nich jest wysoka, między jej źdźbłami widać rodzynki kwiatów, a to wszystko rozgrzewa słońce. Z daleka wszystko to wygląda sielsko. A z bliska? Z bliska może być ciężko. A właściwie to duszno jak w saunie. Ale czy to jakieś wyjątkowe? Jakieś szczególnie górskie? Sam nie wiem. Pewno nie. Na mnie to nie działa. Czemu? Bo tak samo jest na nadrzecznej łące w mieście upalnym latem.


A może beskidzkie szutry mają coś w sobie. Gdy je przemierzasz kilometrami. Gdy skóra twoich opuchniętych i oblepionych kurzem dłoni zaczyna pękać. Gdy podeszwy stóp czujesz boleśnie przy każdym kroku. Gdy nie chcesz się zatrzymać dlatego, że bąble przestały wreszcie boleć. A Ty wiesz, że gdy tylko przystaniesz wszystko zacznie się od nowa i trzeba będzie sporo czasu, aby zapomnieć znów o tych przeklętych bąblach. To może wtedy coś się dzieje szczególnego? Może tam jest ten zapach? Ale jak pachnie szuter? No właśnie. Klapa! Nie wiem!
Chyba jest jednak coś takiego! Czasem gdy wyjdę wieczorem późną jesienią. Gdy stanę przed domem, wtedy czuć to coś. Gdy niebo jest klarowne i wieje wiatr to niesie z sobą zapach... Czego? Zimna. Powietrze jest ostre i czuć w nim poranek w górach wczesną wiosną lub późną jesienią. Czasem to czuje wychodząc ze schroniska a czasem budząc się na biwaku. Rześkie powietrze które jest tłem dla czynności obozowych lub początku wędrówki. Czasem człowiek z lubością je wdycha wsłuchując się w szum palnika, a czasem jego zapach sprawia, że marzy tylko aby rozgrzać ciało szybkim marszem. Gdy czuje ten zapach to chcę w góry. Ten zapach sprawia, że tęsknię...

piątek, 26 stycznia 2018

1346 m sentymentu

Tarnica sierpień 2010
Obudziłem się przed chwilą. Mętne światło w namiocie ogłasza, że wstał już dzień. Z oddali słychać niewyraźne pomruki burzy. Ciekawe czy dzisiaj lunie, bo grzmi od wczorajszego wieczora... Dziewczyny jeszcze śpią. Mnie wybudziła niewygoda twardego posłania. Nie chce mi się nigdzie iść. Może pogoda dzisiaj zatrzyma nas i nie pozwoli ruszyć na Tarnicę? Od zniechęcenia nagle moje myśli przeskakują do wspomnień...

piątek, 29 grudnia 2017

Bacówka Bartne


To miejsce ma wielu fanów. Ale jak to bywa w życiu ilość fanów równoważy podobna ilość przeciwników. Bacówka i jej Gospodarz to duet specyficzny i nie każdemu będzie odpowiadał. Ja czuję się w ich towarzystwie dobrze. Wymyśliłem sobie nawet, że samotnie wędrując odwiedzę schronisko w Bartnem podczas wszystkich pór roku. Jak na razie udało się to wiosną i latem. A, że zima w B. Niskim wyglądała z nizin zachęcająco i w sam raz na wędrówkę, więc ruszyłem do Krempnej. Trasa jaką przeszedłem nie była zbyt oryginalna. Ale jej siłą miał być śnieg na całej połaci. Było biało, ale tak akurat. Pięknie dla oka i niezbyt wymagająco dla ciała.

piątek, 27 października 2017

Cierpliwość drzewa

Stoję na tej cholernej skale całe lata. Ani to wygodne ani to łatwe. W dodatku sama jestem tu jak palec. Też nie miałam gdzie wyrosnąć. No ale stało się...
Czasem tylko ogarnia mnie taka nostalgia. Gdybym wyrosła pośród lasu byłoby z kim pogadać. Może nawet łaskawy wiatr pozwoliłby przylgnąć do koleżanek lub jakiegoś strzelistego świerka...
A tak to tylko ci okropni ludzie. Z roku na rok coraz ich więcej. Z początku było ich niewielu. Ten i ów zatrzymał się na szczycie. Popatrzył na mnie z zachwytem i poszedł dalej w swoją stronę. Teraz istne tłumy gnają tu, żeby obejrzeć starą pokrzywioną sosnę kurczowo uczepioną skały. A jakie mają pomysły! Co jeden to głupszy. Rzucają we mnie śmieciami, kamieniami i czym popadnie. Jeden nawet upstrzył mnie swoim nie do końca strawionym posiłkiem,. Ochlaptus jeden.
A może? A może by tak rzucić to wszystko w cholerę? Rzucić i ruszyć w Bieszczady?

fot M.M. vel Kompanion

sobota, 21 października 2017

Kolana

Koła pociągu stukają sennie. Michał milczy. Ja zabijam paplaniem ciszę. Wracamy z Bieszczadów. Na naszych twarzach widać znużenie. Większość czasu w ostatnich dwóch dniach spędziliśmy wędrując. W pierwszy dzień przeszliśmy duży odcinek pasma granicznego aż do schroniska pod Małą Rawką, a dzisiaj przeskoczyliśmy dwie Połoniny. Hm, całkiem sporo. Ale wędrówka powinna być tylko tłem dla przygód. A tych tym razem nie brakowało.

niedziela, 18 września 2016

Chuj z maluchem expedition

Prolog
Rzecz miała miejsce w 2008 r., a konkretnie w długi listopadowy weekend, którym obdarowała nas ojczyzna z okazji Święta Niepodległości. Plany były piękne i zakładały pętlę z Wetliny pasmem granicznym do schroniska pod Małą Rawką. Zaś spod Małej Rawki do Wetliny przez połoniny kolejno Caryńską i Wetlińską mieliśmy wrócić do punktu startu. Ech, plany, plany a w efekcie tak jak w tym powiedzonku: „Miało być tak pięknie a wyszło tak jak zawsze”. Wylądowaliśmy w Komańczy i zrobiliśmy zupełnie inną trasę, która z pierwotnym planem miała tyle wspólnego, że pętlą była i częściowo biegła pasmem granicznym. A poza tym była... O tym będzie później.


Siedzę nad herbatą w ciepłym schronisku i cieszę się jego atmosferą. Jest wieczór drugiego dnia naszej wędrówki. I chociaż tym razem już nie pójdziemy w góry nazajutrz, to nie jest mi żal. Pójść, to bym poszedł, ale nie żal mi, że wracamy. Teraz jest przyjemnie i ciepło, jestem czysty, a ludzie, których mam wokół siebie, są niesamowici. Takiej atmosfery jak tu w schronisku w Komańczy nie doświadczyłem w żadnym innym tego typu miejscu. Pełnia wrażeń i nastrojów. A mogło nie być tak różowo. Wystarczy napomnieć o dniu dzisiejszym, a i wczorajszy nie był pozbawiony doznań podnoszących ciśnienie. To właściwie czwarte miejsce, do którego trafiliśmy w poszukiwaniu noclegu. Po drodze były jakieś ruiny w Starym Łupkowie, lokal Radosne Szwejkowo tamże i nawet o mały włos nie kimalibyśmy na Końcu Świata. Na szczęście wizję apokalipsy zażegnaliśmy męską decyzją, a inne lokale... hmm, nie uprzedzajmy. Co z nimi? - będzie powiedziane w swoim miejscu i czasie. Opowieść wszak ma swoje prawa i porządek w niej być musi.

Wypad rozpoczynamy o jakiejś morderczej porze, bodaj o czwartej rano. Ale nic to, podniecenie nową przygodą w górach jest tak silne, że niweluje cały dyskomfort związany z krótkim snem. (Rano) jeszcze tylko szybkie śniadanie, parzenie herbaty do termosu na później i wybywam z domu.
Z Michałem jesteśmy umówieni tam gdzie zawsze. Ja jak zwykle jestem kilka minut przed czasem. Jest nieco zimno i odczuwam to mimo ubranej koszulki termo, softu i przeciwdeszczówki. Po jakiejś chwili słyszę nadjeżdżającego malucha, a za moment ukazuje mi się on na oczy. To Michał dziarsko nawija wstęgę szosy na opony swojego wehikułu. W ten zimny listopadowy przedświt ani ja ani mój partner nie podejrzewamy, że ów kaszlak będzie jednym z głównych bohaterów naszego wyjazdu i, że to on będzie podejmował za nas kluczowe decyzje.
Tutaj jestem winien kilka słów opisu naszego automobilu. Ma on kolor czerwony więcej niż 1,5 dekady na swoim karku i gdy się zagrzeje to potrzeba mu 30 min na to, aby mógł ponownie ruszyć w drogę.
Nasza trasa w Bieszczady wiedzie z Jasła przez nowy Żmigród, Duklę, Komańczę, Cisną do Wetliny. Pierwsza przerwa techniczna łapie nas Kawałek za Duklą na drodze biegnącej do przejścia w Barwinku. Jednak jest ona planowa, mimo, że miejsca gdzie wypada nikt nie jest wstanie zaplanować. Po ostudzeniu gorącego temperamentu nasze autko jest gotowe do drogi, w którą niezwłocznie ruszamy. Drugi pitstop i jak się okaże ostatni w drodze w tą stronę, łapie nas jakieś 6 km przed Komańczą. Przygotowani na narowy naszego rumaka grzecznie zjeżdżamy na pobocze i dajemy mu czas na ostudzenie emocji. Noc tym czasem powoli traci na ciemności.
Po odczekaniu przepisowej liczby minut Michał próbuje ruszyć i początkowo nawet daje radę. Ale autko zaczyna się buntować. Nie ciągnie już tak dziarsko na przód i blask w oczach jakoś tak mu mętnieje i przygasa. Próby reanimacji także nic nie dają. Na pych fiacik także nie odpala. Całe szczęście do Komańczy jest już blisko i dajemy radę się do niej jakoś dowlec. Trochę pchając, a trochę wiosłując.
Wiosłowanie polega na toczeniu się z lekkiej górki z uchylonymi drzwiami i wystawioną jedną nogą, tą bliższą drzwi. Służy ona do odpychania się jak na hulajnodze od nawierzchni naszych pięknych asfaltów. Maluch jak widać nie jedno ma imię i oblicze. Jak sami dowodzimy zmieniając go w łódź czy jak kto woli w hulajnogę. Aby nie przeciągać sprawy z maluchem, należy tylko napomnieć, że zostaje on u mechanika, cudem znalezionego w czas długiego weekendu.
A my? Nie, my nie zostajemy u mechanika. Zarzucamy wory na plecy i ruszamy dziarsko w nieplanowane ostępy Bieszczadów. Wychodzi na to, że najlepiej z Komańczy będzie się nam wbić w główny szlak beskidzki i ruszyć nim w stronę Duszatyna i Chryszczatej. A co dalej zrobimy? To się zobaczy później.
Ja przemierzam po raz drugi ten odcinek czerwonego szlaku, a Michał chyba po raz pierwszy. Ostatnio byłem tu cztery lata temu i był to pierwszy mój samodzielnie organizowany wyjazd w Bieszczady. Teraz idzie się bardzo przyjemnie i nie trzeba tak jak poprzednio bawić się w łamigłówki jak tu nie wpaść w błoto do połowy łydki. Pierwszy odcinek między Komańczą a osadą Duszatyn przebiega dość monotonnie. Niespiesznie idąc rozprawiamy o rzeczach różnych i powolutku wbijamy się w rytm marszu. W między czasie pogoda klaruje się na typową raczej dla września niż listopada. Znaczy się jest słonecznie i niezbyt gorąco, ale wystarczająco aby w marszu było ciepło. Po jakimś czasie z lasu wychodzimy na drogę, którą przyjdzie nam przedeptać parę kilometrów zanim odbijemy na szlak prowadzący do duszatyńskich jeziorek. Krok za krokiem odmierzamy stukiem treków kolejne metry drogi. Robi się tak jakoś smętnie. Monotonia w pewnym momencie sznuruje nam usta i zaczyna być słychać prócz kroków tylko miarowe oddechy naszej dwójki. Na szczęście plecaki są lekkie, załadowane tylko niezbędnym minimum żarcia, ciuchów i śpiworami. Gdyby przyginały nas do ziemi swym ciężarem stałyby się pewno idee fixe naszych rozmyślań, a tak myśli mogą ulecieć gdzieś w dal. W pewnym momencie odpływam i rejestruje tylko rzeczy niezbędne z zewnętrznego świata potrzebne do sprawnego przemieszczania się.
- A Chuj z maluchem!- Ostre słowa nie pozbawione jednocześnie pewnej dozy tumiwisizmu wyrywają mnie z umysłowego letargu. Michał przegryzł się przez balast, który ciążył mu od rana. To męskie krótkie zdanie jest punktem zwrotnym tego wyjazdu. Wraz z nim ulatuje coś, co ciążyło nam obu i dzięki temu idzie się nam od tej pory raźniej. Ponad to panaceum zawarte w tych słowach pomaga nam poradzić sobie z każdym dylematem tego wyjazdu.
Po jakimś czasie robimy krótki postój przy opuszczonej stacji kolejki wąskotorowej. Zdaje się, że w sezonie dawniej była tam jakaś mała jadłodajnia. Wykorzystujemy ją na zmianę garderoby to, co zbędne odkładamy do plecaków i ruszamy dalej. Niedługo potem odbijamy na szuter, który przechodzi w ścieżkę szlaku nad Jeziorka Duszatyńskie. W pewnym momencie zamiast iść za znakami idziemy za szutrem. Na szczęście szybko orientujemy się w pomyłce, a po za tym: Chuj z...
Gdy docieramy nad jeziorka jest już koło południa i wypada coś przekąsić. Znajdujemy jakieś zwalone drzewo. Buty spadają ze stóp, a z plecaków wyskakują bułki i termosy. Jest przyjemnie. Mimo, że zaczyna nam robić się nieco chłodno w bezruchu, to okoliczności przyrody wynagradzają nam z nawiązką ten dyskomfort.






Wreszcie zbieramy manele i ruszamy w stronę Chryszczatej. Po drodze mijamy tablicę pamiątkową, która jest poświęcona leśnikowi rozszarpanemu przez niedźwiedzia. Od tej pory zaczynamy brnąć pod górę i ja zostaje z tyłu coraz bardziej. Jednak zaciskam zęby i staram się jak najmniej przystawać dla odpoczynku. Człapiąc tak nieśpiesznie mijamy mogiły, które zdaje się pochodzą z czasu pierwszej wojny światowej. A na grobach odpoczywa kilku jegomościów z gpsami i wykrywaczami metalu. Ciekawe, czy to hieny cmentarne? Czy raczej poszukiwacze fragmentów broni, których groby w ogóle nie interesują? Pozostawiamy ich samych sobie idąc w swoją stronę. Na szczycie Chryszczatej dokonujemy wyboru trasy na resztę dnia i ruszamy za czerwonymi znakami, aby po jakimś czasie odbić w stronę Woli Michowej.
W miejscu gdzie porzucamy szlak i wbijamy się w coś przypominającego mocno wyeksploatowany asfalt spotykamy turystów zmierzających do okolicznego kamieniołomu. Jest już dość późno, przecież mamy już listopad. A jak wynika z mapy to mają oni do przejścia spory kawałek drogi i to tylko w jedną stronę. A co z powrotem? Napomykamy im o naszych wątpliwościach. Ale oni zdają się wiedzieć lepiej czy to ma sens. Właściwie wolna droga, są dorośli. Jednak to, że nie mają nawet mapy świadczy na ich niekorzyść i czyni wątpliwym sens podjętej decyzji. I nie chodzi o to, że to taka trudna trasa, ale o to, że chcą się błąkać w nieznanym terenie po zmroku. A do niego jeszcze maksymalnie dwie godziny, które strawią najprawdopodobniej na samo dojście do celu.
Tym czasem my ruszamy do Woli Michowej. Czeka nas spory kawałek deptania, wspomnianym wyżej asfaltem. Nie jest to najprzyjemniejsza część tego dnia tym bardziej, że niżej droga zmienia się momentami w rozjeżdżoną kołami ciężkiego sprzętu masę lepkiego błocka. W pewnym momencie mijają nas turyści zmechanizowani. Znaczy się paru rozbijaków na kładach. Pewnie wypłoszyli wszystkie zwierzęta w promieniu kilku kilometrów. Mimo, że nie podoba mi się gdy ktoś wdziera się takimi hurkotnikami w miejsca gdzie hałas jest jak cierń wbity w tyłek, to gdy mam iść asfaltem chętnie pożyczyłbym od nich taki pojazd. Nic to, marzenia marzeniami, a iść trzeba dalej. Gdy dochodzimy do celu przechodzimy obok gospodarstwa, po którym dość swobodnie gania agresywny pies. W obawie, że gdzieś ma on otwartą furtkę lub przesadzi ogrodzenie rozpinamy pasy biodrowe, aby w razie konieczności zrzucić plecaki i dać nogę na lekko.
Na szczęście cali, zdrowi i nieuszczupleni o nasz bagaż docieramy do latarni wagabundy. Miejsca gdzie zmęczeni wędrówką zażyjemy ciepłej strawy i kąpieli. Dzięki uprzejmości Pani z bufetu możemy się nie martwić wczesnym wymarszem. Konkretnie problemem, niewielkim dodajmy, jest ciepła herbata na następny dzień. Ale zostaje on rozwiązany przez tą Panią, która pożycza nam czajnik. Resztę wieczoru spędzamy z gospodarzami i ich gośćmi w świetlicy.

Tamże zostajemy okrzyknięci niedźwiedziami. A to z tej przyczyny, że gdy wszyscy opatuleni w jakieś dresy trzęsą się z zimna i złaknieni ciepła łapczywie czekają na chwilę, gdy kominek podniesie wyczuwalnie temperaturę, my spokojnie paradujemy w krótkich spodenkach i klapkach. Mimo miłego towarzystwa uznajemy , że czas na nas. Już to z przyczyny zmęczenia, a już to dlatego, że przypadkowo, siedząc w świetlicy, wpadamy w środek spotkania wspominkowego i slajdowiska z podróży do Ziemi Świętej. My wspominać nie mamy czego, a i nastrój nasz nie jest adekwatny do takich rozrywek. Udajemy się więc do naszego pokoju. jeszcze małe conieco złożone z konserw, telefon do żony i idziemy spać.
Pobudka jak zwykle w górach jest raczej wcześniej niż później. Gdyby nie to, że robi się coraz jaśniej można by mniemać, że to zmierzch dnia poprzedniego. Latarnie Wagabundy opuszczamy jeszcze, gdy wszyscy śpią. Po przejściu przez Wolę Michową odbijamy w stronę szlaku granicznego. Jednak nie dobijemy do niego ścieżką turystyczną tylko tak jak tygrysy lubią najbardziej, na azymut. Jesteśmy trochę zaniepokojeni czy poradzimy sobie z poruszaniem się takim sposobem. Ale mniej więcej po godzinie dochodzimy na pasmo graniczne i wpadamy na z góry zaplanowany słupek wyznaczający pas między dwoma krajami. Od tej pory będziemy już maszerowali szlakiem aż do Starego Łupkowa. Nic prostszego. Nawet gdy będzie problem ze znakami, to jeszcze mamy ułatwienie w postaci słupków granicznych. Droga jest przyjemna. Raczy nas widokami zwłaszcza strony słowackiej. Gdzieniegdzie napotykamy pozostałości ufortyfikowań w postaci resztek okopów. Niestety pogoda jest gorsza niż dnia poprzedniego. I mimo, że nie pada, to widoczność uniemożliwia wykonanie nam zdjęć, które by oddawały urok tej drogi.

Mimo, że miejsce było naprawdę przyjemne to, opowiadać nie ma czego, bo ile słów można poświęcić miarowemu tuptaniu? A każdy wie jak wygląda brnięcie przez mało uczęszczane szlaki: a to jakieś liście po kolana, a to jakieś tarniny, a czasem śmigłowiec straży granicznej nad głową. Po prostu chleb powszedni turysty. Opowieść nabiera rumieńców dopiero w momencie, gdy dotarliśmy do miejsca, w którym wypadało zejść ze szlaku.





Plan był taki, że idziemy do Starego Łupkowa. Z mapy wynikało, że naszą drogę przetną tory kolejowe, wzdłuż których będziemy od tej pory szli aż do przysiółka. I wszystko szło pięknie, ładnie. Szlak wiódł nas bez przygód, a jak znikał to słupki graniczne były pomocą. Aż dotarliśmy do tego , który wyznaczał nam moment zejścia. Ale zaraz, zaraz gdzie są tory? Jak to nie ma? Przecież na mapie są. I co z tego, tu ich nie ma. To też zaczęliśmy ich szukać. Tak jakby tory można było przeoczyć. W wyniku tych poszukiwań popieprzyły się nam całkiem kierunki. Zacząłem się upierać, że strona gdzie ewidentnie jest Słowacja to Polska. Ale jakoś dajemy radę. Gdzie intuicja zawodzi, tam sprawdza się stary dobry kompas. I po chwili wiemy już wszystko. Schodzimy do jakiegoś siodła między dwoma wzniesieniami i zaczynamy iść według wskazań kompasu. Oj nieprzyjemna to droga. Mówiąc krótko - chaszczowanie. A rozwlekle - przedzieranie się od gęstwiny do gęstwiny. Jedna gorsza od drugiej. Brniemy już tak ładnych parę minut, gdy Michał dostrzega tory u stóp swoich. Oj dobrze, że zobaczył, a nie wpadł na nie, bo od jego stóp do torów jest jakieś 5 m w pionie.
Po chwili rozumiemy już wszystko. Siodło to był dach, a tory szły tunelem. Drobne przeoczenie, a ile kłopotu i nerwów. Jedyne co nas usprawiedliwia to, to że trasa była nie planowana. Co za tym idzie nie zbieraliśmy na jej temat informacji. A to zaowocowało tym, że tunel był ostatnią rzeczą, której spodziewalibyśmy się w tym miejscu.
Rzecz jasna nie odmawiamy sobie zwiedzenia tunelu i przechodzimy nim na stronę słowacką. Dla mnie jest w nim na tyle ciemno, że wyciągam czołówkę. U sąsiadów Michał jeszcze raz wchodzi na jego dach. Jeszcze kilka fotek i wracamy do kraju. Marsz kontynuujemy dalej torami. Nad naszą drogą w pewnym momencie widzimy ruiny jakiegoś opuszczonego budynku i dochodzimy do wniosku, że nadawałyby się one na nocleg gdyby nie udało się znaleźć żadnego innego.
Po dotarciu do zabudowań Starego Łupkowa odnajdujemy Radosne Szwejkowo. Jest to gospodarstwo, które polecił nam właściciel Latarni Wagabundy. Jednak mamy pecha. Nie zastajemy właścicieli i pocałowawszy klamkę odchodzimy w swoją stronę. Na mapie Michał znajduje miejscówkę o ostatecznie brzmiącej nazwie - Koniec Świata. Ustalamy, że to tam teraz się udamy.
Droga nie nastręcza żadnych trudności. Ale nic dziwnego, jest płaska a biegnie ona szutrem. Gdy docieramy do kolejnego przystanku na mapie naszych poszukiwań noclegu okazuje się, że bacówka z zewnątrz jest całkiem sympatyczna. Jednak w środku zmartwieni brakiem bieżącej wody i tym, że rezydenci grożą nam koniecznością gry na gitarze, rezygnujemy z noclegu w tym miejscu i ruszamy do Komańczy. Nasi nowi znajomi patrzą na nas nieco dziwnie. Chyba jak na idiotów. A tony ich głosów nie pozostawiają w tym względzie żadnych wątpliwości i to co maskuje wyraz twarzy wyłazi przy każdym słowie.

Jak teraz o tym myślę to wybrzydzaliśmy, oj wybrzydzaliśmy. Nieprzymierzając jak francuskie pieski. Zważywszy na to, od jakiej miejscówki zaczynaliśmy planowanie noclegu na ten dzień.


Ale jak to mówią: raz tylko matka rodziła. Nie ma co dywagować, trzeba ruszać. Robi się już coraz ciemniej a przed nami kawał drogi. Z każdym krokiem dzień traci na jasności i temperatura spada odczuwalnie. Na grzbietach lądują texy. Dobrze, że droga w dalszym ciągu jest wyraźna. Co jakiś czas mijają nas samochody jadące w obie strony. Niestety kierowcy tych jadących nam zza pleców są nieczuli na nasze machanie. W ten sposób mijamy zakład karny i Nowy Łupków dochodząc wreszcie do drogi między Wolą Michową a Komańczą. Tutaj z początku także nie jest wesoło. Liczymy, że ktoś się wreszcie zatrzyma. Jednak jak na złość kolejne samochody mijają nas nawet nie zwalniając. Jesteśmy padnięci, jest ciemno i droga na piechty coraz mniej różowo się nam jawi. Wreszcie ktoś lituje się nad nami i zjeżdża na pobocze. Jak to mówią na rodzinę zawsze można liczyć. Szybko ładujemy się na tylne siedzenie land rowera i nie przeczuwamy tego, co zaraz się okaże.
Tak szybko jak wsiadamy, tak i rusza auto naszych dobroczyńców. Zaczynamy konwersować o tym skąd idziemy, Michał, który marzy o tego typu samochodzie, dopytuje jak taki się sprawdza. W międzyczasie zahaczamy o wykorzystanie gps w jeździe samochodem. Wreszcie zostajemy zapytani skąd jesteśmy. Ja mówię, że mieszkam w Krakowie a pochodzę z Rzeszowa, a Michał zaś od słowa do słowa z kierowcą dochodzą do wniosku o łączącym ich pokrewieństwie. Więzy krwi to z tych piąta woda po kisielu, ale rodzina jest rodzina. Chyba fortuna czuwała nad nami tego dnia. Niestety do celu docieramy szybciej niż byśmy chcieli i z familią kolegi trzeba się pożegnać. Teraz jeszcze tylko parę kroków i będziemy w schronisku. Ale co to? Podjeżdża do nas furgonetka. Jak trzeba było to prawie nikt się nie chciał zatrzymać, a teraz już nie potrzebujemy. Jak się okazuje za chwil kilka, dobrze, że już nie potrzebowaliśmy. Boczne drzwi pojazdu odsunęły się z rozmachem i hukiem. A jakiś mocno nietrzeźwy jegomość zaproponował nam podwózkę. Stwierdził jednocześnie, że jest ich w środku już czternaścioro, ale jeszcze dwóch kolesi z tobołami nie robi różnicy i on się nie lęka o pojemność wana. Grzecznie wymawiamy się z jazdy i ruszamy w swoją stronę.
Oprócz ciepła wita nas w schronisku przyjemna atmosfera, którą rostaczają gospodarze. Jest też wszystko, czego pragnęliśmy na zakończenie tego dnia: prysznic, czyste łóżka i ciepłe jedzenie. A nagrodą za trudy w dotarciu tu jest absolutnie gratisowa szarlotka z posypką i ciastka, takie z cukrem na wierzchu.

Siedzę teraz tu i delektuje się tym wszystkim. Zmęczenie daje znać o sobie i podejmujemy z Wujkiem męską decyzje o udaniu się na spoczynek. Aż dziw, że nie od razu walimy w kime, tylko jeszcze się nam zbiera na snucie historii.

Epilog
Dzień trzeci to już powrót do Jasła naszym narowistym maluchem. Bogu, dzięki, że nie trzeba było wiosłować ani pchać piekielnika. Ale nie obyło się bez postojów na schłodzenie. Co więcej, aby oszczędzać akumulator musieliśmy łamać przepisy, zwłaszcza jadąc z góry na dół. Momentami było to nieco straszne, zwłaszcza gdy mocniej zawiało z boku, a fiacik zaczynał myszkować po drodze. Aaaa, zapomniałbym, o najważniejszym! Pewnie zachodzicie w głowę, co mu było? Szlag trafił alternator.
A chuj z maluchem! :D


Tekst pierwotnie  opublikowałem na outdoor.org.pl kilka lat temu.
Zdjęcia M. N.

środa, 20 lipca 2016

Rykowisko w górach- czyli pogoń za wspomnieniem

Na ogół wędruję dla samego wędrowania lub żeby zobaczyć jakieś miejsce. Prawie nigdy nie wyznaczam sobie dodatkowych celów. Samo maszerowanie wśród lasów, łąk czy grzbietami jest dla mnie tak przyjemne, że  nie potrzebuje dodatkowych stymulatorów. Jednak parę razy zdarzyło mi się postawić sobie taki cel. Było to wtedy, gdy przy okazji wędrowania chciałem usłyszeć rykowisko.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Nieznajowa na sobotę

W okolicy Nieznajowej byłem wielokrotnie. Nigdy jednak szlak nie doprowadził mnie pomiędzy wzgórza tworzące tę dolinę. Zawsze pozostawała pominięta, nigdy nieodwiedzona. Była jak czarna plama opasana siatką przeszłych wędrówek. Zawsze było coś "ciekawszego", zawsze coś szybszego, zawsze coś dłuższego do przejścia. Teraz żałuję, że tak późno tu dotarłem.

wtorek, 12 kwietnia 2016

18 kilometrów czyli o słowackiej pomyłce



Słowacja Rohula sierpień 2014 r.

Jest sobotni wieczór. Nastał czas odpoczynku po całodniowym marszu. Mimo, że za nami niewielki dystans to chętnie korzystamy z tej możliwości. Idąc mieliśmy nad głowami prażące słońce, a pod stopami rozległe łąki i kompletny zastój w powietrzu. Ta mieszanka dała nam w kość. Nasze bagaże zostały w utulni, a my rozkoszujemy się widokami z wieży wystrzelającej ponad afro okolicznego lasu. Leniwie gawędzimy siedząc na różnych kondygnacjach.

środa, 6 kwietnia 2016

Anioły są całe zielone - historia prawie prawdziwa

 
- Tato! Zagraj mi "Bieszczadzkie anioły"- Córka krzyczy do mnie.
Wyciągam gitarę i spełniam jej prośbę. W refrenach i tam gdzie pamięta słowa zwrotki śpiewa ze mną. Salon przez jakiś czas rozbrzmiewa naszymi głosami. Jak zwykle nie kończę od razu. Piosenka stopniowo przechodzi w brzdąkanie bez większego składu.
- A o czym to jest?- Córka wyciąga moją świadomość z pomiędzy dźwięków gitary.
Spoglądam na nią i zaczynam snuć opowieść...

sobota, 26 marca 2016

Mgła, bieszczadzki anioł i deszcz




- Buzia śmieje ci się jak dziecku.
Słowa Liwii zbywam krótkim, że to nie z radości tylko to grymas od słońca. Ale mimo wszystko bardzo się cieszę i to co widzę dookoła siebie z każdą minutą spędzoną na grzbiecie potęguje ten stan. Już nawet nie myślę o tym, że o mały włos nie trafilibyśmy tu i cały wyjazd w Bieszczady skończyłby się ponownym odwiedzeniem Beskidu Niskiego.
Wszystko przez niedoinformowanie. Nie wiedzieliśmy, że autobus, którym mieliśmy jechać do Sanoka nie kończył tam trasy i jechał dalej do Jaślisk. A widząc tabliczkę z tą drugą nazwą po prostu nie wsiedliśmy do niego. Beskidy w naturalny sposób pojawiły się jako alternatywa dla tak pechowo zaczętego wyjazdu. Jednak kilka głębokich wdechów i przerzucenie możliwości w myślach pozwoliło przypomnieć sobie o jeszcze jednym sposobie na dotarcie do Ustrzyk Górnych.