Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.

sobota, 24 lutego 2018

Karkonoska ski tura czyli cztery dni na nartach backcountry


Pierwsze ustalenia zaczęliśmy rok temu. Jednak okoliczności pozwoliły dopiero teraz spotkać się i ruszyć na wspólną turę wraz z Pimem. Nasze spotkanie we Wrocławiu poprzedziła wymiana dziesiątek maili z ustaleniami. Wreszcie drugiego lutego z wrocławskiego dworca PKP ruszyliśmy do Szklarskiej Poręby, a z niej  dalej do Jakuszyc. Wiedzieliśmy, że na Grzbiecie Karkonoszy są zimowe warunki. Ale to,co widzieliśmy z okien pociągu budziło w nas wątpliwości. Nic dziwnego,bo regularna zima zaczęła się dopiero na trasie za Szklarską Porębą. Wcześniej dominowała w krajobrazie wiosna.


W Jakuszycach Pim zaordynował sobie śniadanie. Ja dla towarzystwa napiłem się kawy. To była dobra decyzja. Dzięki temu mogliśmy w przedsionku lokalu przygotować narty i przepakować plecaki. Ten manewr sprawił, że na starcie pozostało już tylko przykleić foki i wpiąć się w deski. Szybko wbiliśmy się w rytm. Ja byłem zaskoczony,jak dobrze mi się idzie. Rok temu jedynie parę razy poczłapałem w swoich okolicach nabierając narciarskiej wprawy. Ale tamte doświadczenia dały mi potrzebną bazę do takiej tury. Dużym ułatwieniem okazały się także foki.
Sprawnie osiągnęliśmy grzbiet Karkonoszy, z którego dość szybko zeszliśmy do Schroniska. Świadomi, że będziemy mocno zmęczeni po długiej podróży zaplanowaliśmy krótki start. Resztę popołudnia chcieliśmy przespać i dzięki temu nabrać sił na kolejne dni. Szybko zakwaterowaliśmy się w Voseckiej Boudzie. Wieczorem po krótkiej drzemce zeszliśmy na piwo i ciepłą kolację. Po czym z powrotem zalegliśmy w naszej kwaterze.
Budziki nastawione na szóstą szybko doprowadziły nas do pionu. Kolejne dwie godziny to pakowanie, jedzenie i gotowanie wody na drogę. Wszystko to, co konieczne przed wyjściem zimą. Na zewnątrz przywitała nas mleczna zasłona, świeży śnieg i kompletna pustka dookoła. Póki co, tylko nam chciało się tak wcześnie zerwać i ruszyć w drogę. Pierwszy fragment to droga od schroniska do przekaźników na Śnieżnych Kotłach. Pokonaliśmy go sprawnie i bez większych rozterek nawigacyjnych. W tamtym white out'cie gęsto rozstawione tyczki były doskonałą pomocą.

budynek przekaźnika nad Śnieżnymi Kotłami fot Pim

Po krótkim odpoczynku zostawiliśmy przyjazny przedsionek budynku przekaźnika za sobą i zanurzyliśmy się we mgłę. Tu zamiast trzymać się tyczek szliśmy grzbietem. Pim orzekł, że tyczki wyznaczają zejście do braci Czechów. Było to jednak zimowe obejście krawędzi Śnieżnych Kotłów, nad które koniec końców trafiliśmy. Tam okazało się, że pod cienką warstwą puchu mamy twardy lód. Sprawy nie ułatwiało trawersowanie stromego stoku. Decyzja mogła być tylko jedna. Narty przypinamy do plecaków, a na butach lądują raczki. Takim sposobem szybko rozprawiliśmy się z problemami i na Przełęczy pod Śmielcem mogliśmy ponownie założyć narty.

Czarna Przełęcz fot Pim

Właściwie aż do Czarnej Przełęczy droga była spokojna. Jedynie zjazd dostarczył mi trochę więcej emocji. Z moimi umiejętnościami koniecznością było zaliczenie kilku wywrotek. Ten zjazd sprawił, że kolejny do Petrovej Boudy pokonałem pieszo. Od tej ostatniej już nie mieliśmy wyboru i narty przypięliśmy do plecaków. Zaczynaliśmy zejście do Chatki AKT i szlak dla nas był nie do zjazdu. A na ostatni kilometr trzeba było wejść w gęsty las, w którym nie mogliśmy skorzystać z nart.

Chatka ATK fot Pim

Pod Chatką zameldowaliśmy się około godziny szesnastej. Tam przywitano nas kubkiem herbaty i zaproszono do wspólnej biesiady. Okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych gości, a towarzystwo dopiero zaczyna się schodzić. Ekipa znała się w większości. Ale dwóch kompletnie obcych narciarzy nie przeszkadzało w niczym i zostaliśmy przygarnięci jak swoi. Przy stole czas zszedł nam do dwudziestej pierwszej i trzeba było iść spać. Nazajutrz czekała nas wczesna pobudka.
podejście pod Petrovą Boudę fot Pim

Początek dnia był kalką poprzedniego: pakowanie, jedzenie i gotowanie. Jedynie pogoda nie wpasowała się w ten schemat i dzień przywitał nas słońcem. Gdy wyszliśmy z lasu na szlak mogliśmy założyć narty. To, co wczoraj nie nadawało się na zjazd do podchodzenia było doskonałe. Sprawnie wróciliśmy pod Petrovą Boudę, z pod której droga zaczęła długi zjazd aż do Przełęczy Karkonoskiej. Pim wpadł na pomysł, a ja poszedłem za nim jak w dym. Żeby nie odpinać nart zaczął wypatrywać linii obszernych zakosów, które umożliwiłyby powolny zjazd. Okazało się to doskonałym rozwiązaniem, i z nielicznymi wywrotkami czerpiąc z tego wielką frajdę, zjechaliśmy na siodło przełęczy.
Przełęcz Karkonoska fot Pim



Od podejścia na Mały Szyszak zaczęła się długa mozolna droga. Szlak w tamtym miejscu był tak wydeptany, że ciężko było utrzymać się na nim na deskach. Śliska nawierzchnia i ciągły trawers skutecznie pozbawiały sił. Krawędzie nart obite blachą też nie chciały ułatwić tego technicznego fragmentu i na krótkim odcinku obaj wzięliśmy je na ramie. Dla mnie było to tak męczące, że gdy je założyłem ponownie, nie dałem sobie ich zdjąć aż do Śląskiego Domu. Dobrym sposobem okazało się zejście ze szlaku w stronę grzbietu i korzystanie z obszernych pól śnieżnego puchu, które bardzo ułatwiały trawersowanie. Gdzieniegdzie zdarzały się wylodzone deski, a poruszać można było się tylko zygzakiem, aby omijać drzewa i lodowe bryły, ale przynajmniej można było nie nieść nart na plecach. Dzień tym czasem zrobił się tak słoneczny, że zostałem tylko w koszulce i lekkim stretchu. Nawet rękawiczki powędrowały w odstawkę. Jedyne co psuło mechaniczny rytm moich kroków to coraz większe znużenie i rosnąca obojętność na wszystko. Doszło do tego, że nie zauważyłem zgubienia jednej z fok. Pim jak prawdziwy indiański tropiciel dotarł do niej po charakterystycznym śladzie moich nart.
Dom Śląski fot Pim

Po posiłku i dłuższym odpoczynku w Domu Śląskim byliśmy gotowi do ataku na Śnieżkę. Od tego momentu narty miały wędrować na plecakach, a buty ponownie zaopatrzyliśmy w raczki. Olbrzymia rzesza piechurów sprawiła, że podejście na szczyt było niesamowicie wyślizgane. Podczas naszego odpoczynku nadciągnęły chmury szczelnie otulając Śnieżkę. Gdy po sprawnym podejściu dotarliśmy na jej szczyt, nie było po co zatrzymywać się na dłużej. Pim tylko sprawdził gps, a ja wykonałem dwa nieudane zdjęcia i ruszyliśmy w dół.
królowa Śnieżka fot Pim

Od wyjścia ze Śląskiego Domu do samej Jelenki nasze tępo utrzymywało się w ramach letnich czasów. Mimo to, na miejsce naszego noclegu dotarliśmy wraz ze zmierzchem. Gospodarz powitał nas w progu i zaprowadził do jadalni i podał ciepły posiłek. Była to wymarzona nagroda za trudy całego dnia. A zwieńczeniem całości miał być długi i pokrzepiający sen.
Niestety nie udało się. Po dwóch godzinach sen mnie opuścił i do momentu pobudki nie wrócił. Początkowo nawet nie czułem specjalnie niewyspania. To był dobry prognostyk na czekający nas marsz w świetle czołówek. Jednak sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy weszliśmy na niewygodne zakosy w lesie. Z każdym krokiem ogarniała mnie coraz większa apatia i zobojętnienie. Całe szczęście od Jelenki do Karpacza mieliśmy do przejścia niespełna siedem kilometrów. Ale ani prószący śnieg, ani klimatyczna dolina wtedy nie cieszyły, tak jak powinny. Na dole złapaliśmy wcześniejszy autobus i sprawnie dotarliśmy do Jeleniej Góry. Cały ten czas Pim wiernie mi sekundował i gdy trzeba było służył pomocą. Nasze drogi ostatecznie rozeszły się we Wrocławiu, skąd każdy ruszył do własnego domu. W moim przypadku narciarska historia miała epilog w postaci grypy, która uziemiła mnie na następne półtorej tygodnia w domu. Gdy choroba rozłożyła mnie na łopatki dotarło do mnie, skąd nieprzespana noc w Jelence i obezwładniające poczucie apatii na zejściu do Karpacza. Ale za taką wyrypę można się przemęczyć nawet z grypą...

luty 2018

więcej zdjęć tu

7 komentarzy:

  1. "Wagonik kolejki zachybotał się po raz ostatni i stanął. Nie mógł jechać
    dalej: śnieg grubą- warstwą przysypał tor. Wichura smagająca obnażone
    stoki góry zbiła śnieg w twardą Skorupę. W wagoniku bagażowym Nick
    smarował narty; potem wsunął buty w żelazne uchwyty i zacisnął klamry
    wiązań. Bokiem wyskoczył z wagoniku, obrócił się i pochylony, ciągnąc
    za sobą kijki, pomknął w dół zbocza..."

    E.Hemingway "Śnieżny szlak" 49 Opowiadań.

    Dzięki kolejce na Przełęcz Jakuszycką może się ziścić scenariusz rodem z Hemingwaya. I tak było tym razem.
    Podjazd pociągiem jest pasmem niepewności. Doświadczenie mówi, że wiosna w Szklarskiej Porębie Dolnej nic nie znaczy. Emocje mówią, a może z tymi nartami wyjdziemy na gamoni?
    Jednak za Hutą wszystko wraca do normy. Wiosna jest niżej, wyżej śnieg i perspektywa fajnej wyrypy.

    Warto pojechać teraz by zapamiętać jak jest. Z Przełączą związane są "imperialne plany" więc za kilka lat pusta ustąpi hotelowi, ośrodkowi, deptakowi, zdjęciom "z misiem" itp...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, pisać jak Ernest...
    Takie komentarze przyjemnie czytać.
    Dzięki raz jeszcze za świetną wyrypę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie spędzone kilka dni górskiej wędrówki na nartach. Szkoda, ze na końcu grypa się przypałętała, ale cóż zrobić. Bywa i nic nie poradzisz.

    Pogoda dała niemal cała paletę - od błękitnego nieba, po totalną mgłę i brak widoków. Jak w górach ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Było tak odjazdowo, że po powrocie z Pimem zamiast wspominać ten wypad wzięliśmy się do planowania kolejnego. A co może świadczyć lepiej o doskonałym wyjeździe jak niedosyt gdy się wróci.
    Pogoda przeszkoliła nas prawie z wszystkich możliwych wariantów. Zabrakło tylko śnieżycy i deszczu.
    Warunki mimo to były doskonałe. Nic nie płynęło. A zimno było tak w sam raz, żeby było przyjemnie. Właściwie gdy zdjąłem puchówkę w Jakuszycach to ubrałem ją dopiero w Jeleniej Górze.
    A grypa nieprzyjemna i trzymała długo jak na moje standardy. Ale jak piszesz czasem nic nie zrobisz. Złapie i trzeba odchorować. W sumie, jak teraz myślę, to pierwszy raz wróciłem z przeziębieniem z gór. Nawet gdy wpadłem zimą do rzeki nic się nie przyplątało.

    OdpowiedzUsuń
  5. Barsusie!

    Najciekawsze, jest to, że mnie nic nie trafiło. A można przypuszczać, że Cię zaczęło "rozbierać" w Jelence (ta nie przespana noc).

    OdpowiedzUsuń
  6. Też myślę, że ten ostatni nocleg to był zwiastun przeziębienia. Jednak zastanawia mnie też osłabienie przed Śląskim Domem, które minęło po posiłku. To też mogły być zwiastuny burzy. A, że Ciebie nic nie wzięło to jakiś niesamowity fart. Przecież korzystaliśmy z jednego termosu. Tylko pogratulować odporności...
    A ja mogłem już coś przywieść z sobą w góry i wysiłek w połączeniu ze zmęczeniem tylko umożliwiły rozkręcenie przeziębieniu. A jak nie to jeszcze biesiada w Chatce mogła tu odegrać jakąś rolę. Tam też niektóre naczynia były wspólne.
    Tak czy siak Ty wyszedłeś obronną ręką, a ja miałem ferie pod kołderką w towarzystwie rosołku, leków i soczku z malin... :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Bartek!

    W Śląskim Domu Ty miałeś kryzys (może to wpływ operacji słonecznej). Ja z kolei cierpiałem wcześniej - na trawersie Szyszaka. Po zjedzeniu szturmżarcia i herbacie na Równi ta "słabość" mnie opuściła.
    Ty na trawersie miałeś bardzo dużo sił i kluczenie na nartach wychodziło Ci świetnie.
    Więc każdy dostał w kość tylko w innym momencie...

    OdpowiedzUsuń