Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.

piątek, 14 lutego 2020

Po kondycję z szafą w Sądecki


Czytając relacje w sieci z różnych przedsięwzięć odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na porażkę. Nawet jeśli cel nie zostanie osiągnięty autorzy często przekonują, że bogate doświadczenia i okoliczności przyrody z nawiązką wynagradzają brak sukcesu. Po czym "odgrażają" się, że oni tam jeszcze wrócą i wtedy zobaczymy. Zatem jak w takim kontekście ocenić naszą ostatnią turę? Z trzech dni wyszły dwa, zamiast biwaku w śniegu przespaliśmy się w ciepłym schronisku, a zakładana trasa z tą faktyczną miała tylko kilka punktów stycznych...
W piątkowy wieczór docieram do Rytra. Na dworcu przejmuje mnie Pim. Do Zajazdu pod Roztoką mamy blisko. Na miejscu zaskakuje mnie standard, zwłaszcza w stosunku do ceny i, że to obiekt PTTK. Przyzwyczajony do często przaśnych schronisk górskich jestem zaskoczony pościelą na łóżku, ręcznikiem w zestawie i ładną czystą łazienką na własny użytek zaopatrzoną w niebagatelny luksus w postaci ciepłej wody. W dodatku Michał zorganizował mi z pobliskiego baru żur i pierogi na kolację. Żyć nie umierać!
W sobotni poranek okazuje się, że kolega musi być w poniedziałek w pracy. Klamka zapadła - mamy tylko dwa dni na narciarską wędrówkę. Plany są takie, że dziś wchodzimy niebieskim szlakiem narciarskim na Halę Konieczną, przebijamy się bez szlaku na Przełęcz Długą, robimy trawers Radziejowej drogą narciarską i spadamy w kierunku Białej Wody, tam biwak. A kolejny dzień to w skrócie przejście grzbietu Małych Pienin. Warunki są super. Jest biało, słońce rozświetla szafirowe niebo, a temperatura jest na lekkim minusie. Póki co nawet wielkie toboły nie przygniatają za bardzo do ziemi.
Po odcinku pieszym wreszcie możemy założyć deski. Foki przezornie przykleiliśmy jeszcze w Zajeździe. Parę fotek, małe poprawki ekwipunku i ruszamy. Początek napawa optymizmem. Śnieg jest dobry do marszu, plecaki nie zaburzają specjalnie płynności ruchów, a solidne śniadanie daje moc. Ale co to? Pierwsze ostrzejsze podejście jest przykryte głębszym śniegiem. Narty już nie trzymają się na powierzchni. Trzeba zaangażować więcej sił. Ale mimo wszystko jest moc. Po początkowym zrywie Michał wchodzi w tempo odpowiednie dla mnie. Póki co to on prowadzi. Robi się ciepło. Wiatrówka ląduje w plecaku. Za krótkim płaskim odcinkiem drogę przegradzają nam potężne zwaliska ściętych drzew.
Narty przypinamy do plecaków i zaczynamy brnięcie dołem, górą, a czasem bokami  omijając pnie. Przypomina się zeszły rok i zejście z Radziejowej z nartami w garści. Takie kluczenie i jego rwany rytm jest piekielnie męczące. Gdy wydaje się, że barykady już za nami, za zakrętem pojawia się kolejny komplet. Prawie jak żubr, który jest tuż za rogiem. Gdy faktycznie kończymy przeprawę konieczny jest odpoczynek. Z plecaków wyskakuje herbata i łakocie. Mieliśmy ze sobą dwa litry płynów. Idziemy nieco ponad godzinę i już w pierwszej butelce widać dno. Niedobrze...

Kolejny odpoczynek robimy na Hali Koniecznej obok haty. Musimy dorobić herbaty, a poza tym znowu droga dała nam w kość. Gdy minęliśmy ścięte drzewa miało być lepiej. Jednak śnieg, jeszcze sypki po ostatnich opadach, sprawił, że marsz nie był lekki. Musieliśmy się nawet zmieniać na prowadzeniu co kilkaset metrów. Teraz siedzimy i zbieramy siły na dalszą drogę. Mamy na to nieco czasu. Topienie wody ze śniegu nie jest błyskawiczne. W tle słychać szum palnika. My możemy się grzać w słońcu. A jako kontrapunkt służy nasza rozmowa o książkach. Ciepłe słońce, płomienie palnika i książki o zimnych antarktycznych stacjach Polskiej Akademii Nauk...


chata na Hali Koniecznej fot. Pim

Dalej ruszamy stokówką, która trawersuje zbocze poniżej grzbietu Złomistych Wierchów i Radziejowej. Marsz nadal jest siłowy i wymaga zmian na prowadzeniu. Mozolne brnięcie rekompensuje nam piękny widok na północny wschód. Gdy dochodzimy poniżej Przełęczy Długiej i chcemy podejść na nią okazuje się, że nie będzie to proste, a może nawet i niemożliwe. Ścieżki, którą chcieliśmy to zrobić nie widać w gęstym lesie, który zalegają zwały śniegu. Dochodzimy do wniosku, że czas na kolejną przerwę. mamy ciepłą kaszę w sosie z kabanosem. Na tę wyrypę zabrałem termos na jedzenie. Pora sprawdzić jak się taki posiłek zimą ma w stosunku do kanapek i słodkich przekąsek. Racząc się obiadem dochodzimy do wniosku, że przy zastanych warunkach, Jaworki to dla nas dziś za daleko. Wejście w tym śniegu na przełęcz jest możliwe, jednak zbyt czasochłonne. Obejście szlakami sprawi, że noc zastanie nas na grzbiecie i dołoży kilometrów. Decydujemy się na wariant awaryjny i dojście do schroniska na Przechybie. Argument za taką decyzją jest jeszcze jeden. Pim jest świeżo po przeziębieniu i nie ma dziś najlepszego dnia...

fot. Pim

fot. Pim


Dalszy ciąg to sprawny powrót po własnych śladach i mozolne wejście  na grzbiet. W promieniach zachodu osiągamy Złomiste Wierchy. Resztki słonecznego blasku pięknie rozświetlają Dolinę Popradu i góry po jej drugiej stronie. Wchodzimy na GSB, które jest mocno przedeptane, a w niektórych miejscach biegnie nim wąska koleina. Rowek jest strasznie upierdliwy i sprawia, że teraz ja odczuwam coraz mocniej zmęczenie. Powoli wchodzę w tryb auto. Coraz gorzej panuję nad nartami, a ciężki plecak szarpie mną na wszystkie strony. Co jakiś czas tracę równowagę i muszę się zbierać ze śniegu. Żeby to było takie łatwe. Z tym tobołem nie jestem w stanie wstać szybko. Za każdym razem wypinam się z uprzęży plecaka i gdy już stoję zakładam go na plecy. Nie daję jednak za wygraną i dalej idę na nartach. W pewnym momencie deski wyprzedzają mnie gwałtownie, a ja siadam na czterech literach z rozmachem. Kładę się na plecaku i mówię do Michała, że jest mi wspaniale w tej pozycji. Niestety, to nie miejsce na relaks i trzeba wstać. Niebawem dochodzimy do schroniska.

fot. Pim


Wnętrze budynku wita nas ciepłem i gwarem stołówki. Po deserze schodzimy do sutereny na nasze komnaty. Ostała się dziś jedynie sala zbiorowa zwana lokalem zastępczym. Dla nas to istne luksusy. Grube sprężynowe materace, dostęp do grzejników i nasze śpiwory zagwarantują nam komfortową noc. Dodatkowo ta część budynku jest zaciszna, a pomieszczenie zastępcze okupujemy tylko my dwaj. Możemy wysuszyć ciuchy i foki. Na nasze kije i narty też znajdzie się miejsce. O tempora, o mores, żeby człowiek w schronisku musiał pilnować butów i sprzętu przed amatorami cudzej własności! Przychodzi także czas na naradę nad tym co planujemy na kolejny dzień. Coraz bardziej doceniamy nasze lokum. Wszystko za sprawą hałasów i śpiewów dobiegających z wyższych kondygnacji...
Ku naszemu zaskoczeniu schronisko o piątej rano jest pełne rannych ptaszków. Godne podziwu biorąc pod uwagę, że balowali do późna. My spokojnie pakujemy plecaki, szykujemy jedzenie na drogę i zjadamy owsiankę. Tuż przed wyjściem kleimy suche foki i zostawiamy salę zastępczą w stanie niemal pierwotnym. Jak się później okaże coś jednak po sobie zostawiamy. Podjęliśmy decyzję, że schodzimy w kierunku Piwnicznej. Mamy stamtąd dogodne połączenie - Pim do samej Warszawy, a ja do Tarnowa gdzie mogę się komfortowo przesiąść w pociąg do Rzeszowa. No cóż, Małe Pieniny tym razem nie dla nas. Przyjdzie nam jeszcze poczekać na realizację tego planu.

Michał napędzany poranną owsianką na odcinku między schroniskiem a Przełęczą Długą dostaje iście rajdowego przyspieszenia. Ja przez to zostaje nieco z tyłu. Ale nic to, widzimy się na wzajem, a i szlak jest ewidentny. Pogoda jest wyżowa i na wszystkie strony można oglądać tak bliski jak i daleki świat. Jest on tym piękniejszy, że oświetlony wschodzącym słońcem. Nieco sił wysysa z nas ostatnie zejście do narciarskiego trawersu kopuły Radziejowej. Pamiętamy z zeszłego roku, że jest ono strome i pełne nierówności. Wolimy przeto wziąć narty na ramie i te kilkaset metrów zrobić z buta. Nim zjedziemy w trawers robimy sobie krótką przerwę. Jesteśmy w okolicy, w której wyszlibyśmy gdyby wczorajszy plan wypalił. W Pimie budzi to poczucie lekkiej frustracji i musi na nowo rzecz ułożyć w sobie.

fot. Pim

fot. Pim
Po odpoczynku zaczyna się chyba najprzyjemniejszy fragment całego dnia. Tak jak w zeszłym roku trawers między Przełęczą Długą a Przełęczą Żłobki daje mnóstwo frajdy z pokonywania go na nartach. Zaczyna się od łagodnych zjazdów, by dalej prowadzić malowniczo wciętą w zbocze Radziejowej stokówką. Czysta przyjemność! Gdy docieramy na Żłobki stwierdzamy, że tam jak zwykle wieje. Krótkie strome podejście, kolejny trawers i jesteśmy w okolicy Wielkiego Rogacza. Robimy znów odpoczynek. Zachęca do tego miejsce, w którym możemy grzać się w intensywnym słońcu. Mijają nas piesi turyści w tym leciwy jegomość i para w mocno średnim wieku. Staruszek nie jest zbyt żwawy, co nie przeszkadza mu wybierać się na królową Sądeckiego. A jegomość stanowiący męską połowę pary ma jakieś problemy z chodzeniem. Mimo to widać na jego twarzy radość z wędrowania...

fot. Pim

fot. Pim

Drogę na Niemcową ponownie zaczynamy niosąc narty w garści. Nie trwa to zbyt długo. Początek po wpięciu się w deski wygląda obiecująco. Nachylenie nie jest zbyt duże i pozwala na miłe kontrolowane zjazdy. Jednak po jakimś czasie droga jest dla mnie udręką. Nawiane muldy śniegu sprawiają, że znowu zaczynam walczyć ze sprzętem, tak tym na nogach jak i tym na plecach. Kilka razy tracę równowagę, kilka razy wbijam się dziobami w muldę. Efekt niezmiennie jest ten sam, mianowicie konieczność wygrzebywanie się ze śniegu. Wypięcie plecaka, konieczność wstania, założenie wora i pozbieranie kijków. Jak w kinie, niby miejsce, historia i bohaterowie inni a schematy te same od lat. Chyba jednak wczorajszy dzień dał mi bardziej w kość niż myślałem. Za to Pim jest świeży jak szczygiełek. Na przekór moim popisom tryska siłą i techniką. W końcu docieramy na łąki Niemcowej i tu kończy się gehenna. Śnieg jest równy jak stół i pozwala na spokojny marsz na nartach. Tu, jakże by inaczej, ponownie planujemy przerwę. Tym razem to pauza na obiad. Mamy w termosie zrobione dwa liofilizaty. Jednak na Niemcowej wieje. Michał wypatruje poniżej kulminacji miejsce w lesie mocno oświetlone słońcem, Pewno będzie tam ciepło i bezwietrznie. Trzeba tylko tam zjechać. Nic trudnego, stok jest gładki i niezbyt stromy. Kolega rusza pierwszy by po chwili wygrzebywać się z upadku. Jadąc nagle jedna narta wpadła mu pod śnieg. Ugrzęznął powyżej kolana i jeszcze zaplątał się w przykryte puchem krzaki. Okazuje się, że śnieg mimo pozornej jednorodności na całym stoku ma różną konsystencję. Kołderka ma fragmenty bardziej zwarte poprzedzielane pasami istnego pudru. Po chwili i ja zaliczam podobną glebę nieco w bok od Michała.
Po posiłku ruszamy z buta w stronę Piwnicznej. Zakładamy, że teraz już nie będzie warunków na narty. Po kwadransie jednak wpinamy się ponownie w deski. Pewno na naszą decyzję miał niejaki wpływ fakt, że przez ten kwadrans brodziliśmy w śniegu powyżej kolan. Im niżej schodzimy, tym ładniejsze widoki na drugą stronę Doliny Popradu zaczynają się otwierać przed nami. Stajemy wreszcie na przełamaniu stoku. Znaki szlaku narciarskiego ostrzegają przed stromymi zjazdami. Tym razem już na dobre zdejmujemy narty i do samej Piwnicznej ich nie zakładamy. Szlak jest mocno przedeptany. Co czas jakiś mijamy grupki turystów korzystających z pięknego dnia. Na końcu zaś spotykamy grupkę dzieci pod opieką dwóch pań, które towarzyszą nam aż do pierwszych zabudowań jadąc na sankach. W międzyczasie przypięliśmy narty do plecaków i fakt ten nie pozostaje bez odzewu. Obaj mamy narty wpięte tylko z jednej strony co powoduje ból w moim lewym barku...


Dwa intensywne dni, piękna pogoda i, no właśnie, sporo doświadczeń do przemyślenia. Mimo, że z planów wyszło bardzo niewiele, to nie wróciłem do domu z poczuciem porażki lub zawodu. Może to nasz wiek (razem mamy ponad osiem krzyżyków na karku) sprawia, że lepiej radzimy sobie z frustracją wynikającą z sytuacji, w których musimy zmienić nasze plany. Wyszło tak, że zamiast biadolić zrobiliśmy tyle na ile pozwalał czas, nasza kondycja i zastane warunki. Nie było tego ani odrobinę mniej czy więcej. To było wtedy nasze maksimum fizyczne i psychiczne, które uwzględniało margines rozsądku oraz bezpieczeństwa. Wróciłem do domu zmęczony i z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. A że nasze plecaki zawierały znacznie więcej bagażu niż było trzeba, to wyszła nam tura kondycyjna. Jeszcze w środę czułem skutki tej zaprawy...

fot. Pim

ps
W schronisku Pim pod poduszką zostawił sweter puchowy. Znalazł go jednak kolega z forum, który w najbliższym urzędzie pocztowym odesłał go właścicielowi... Wraca wiara w ludzi!

luty 2020 r.

20 komentarzy:

  1. Heh... jakby na to nie patrzeć zrobiliście fajną turę. Umiejętność analizy warunków zastanych w terenie jak również własnych możliwości psychofizycznych w danym momencie zmusza nas czasem do modyfikacji zamieżonych planów. Osobiście nie traktował bym tego w kategorii porażki ale jako umiejętność która pozwala nam bezpiecznie realizować się w górach. M.N

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mikronie,
      dzięki za dobre słowo. Ta porażka to taki rodzaj autorefleksji nad tym co czasem czytam. Czasem się zastanawiam jak to jest, że ludzie są tacy happy gdy nie osiągną celu. I kojarzy mi się to z korporacyjną nowomową, w której byle g.... jest sprzedawane jako rzecz wyjątkowa i nie ma znaczenia czy to produkt, czy efekt jakichś działań zawodowych. A z drugiej strony intensywność wysiłku i przeżyć w górach jest tak mocna, że jeszcze nigdy nie wróciłem z niedosytem gdy nie udało się czegoś doprowadzić tam do końca. I Ten wyjazd był taką soczewką, w której skupiło się wszystko to czemu często my górołazi czujemy się zadowoleni z drogi a nie z celu, który osiągniemy lub nie...

      Usuń
  2. Miło się czytało... to Wasz kolejny zimowy wypad z którego relację śledzę. Kolega Sted82 nie powinien pozostać anonimowy - zasługuje na uwiecznienie.
    ps.
    Barsus, brakuje mi "szafy sprzętowej" ... może parę słów o sprzęcie jaki zabrałeś na ten wyjazd...(Nowy - plecak, narty, anorak) jak się spisał w tak trudnych warunkach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powitać, kimkolwiek jesteś przybyszu... !D

      Nie pisałem w tym tekście o sprzęcie bo to relacja i bo planuję oddzielny wpis na ten temat. Rzeczy nowych było więcej bo:
      Plecak
      buty
      mocowanie fok
      termos obiadowy
      śpiwór zimowy
      nowe podejście do żywienia na trasie

      Zaś anorak i narty mają już swoje za sobą. Anorak był na Słowacji, w Gorcach, Pieninach, Wyspowym i Niskim. A narty swój chrzest miały w zeszłym roku także w Sądeckim...

      Kolega STED faktycznie powinien być wymieniony z nicka, co niniejszym czynię...

      ps
      sądząc po tym, że znasz sytuację mniemam, żeś jest z forum ngt.pl. Marzy mi się, że jeśli nawet piszecie jako anonimy to podpisujecie się nickiem z forum. Ot taka fanaberia gospodarza... :)

      Usuń
  3. Wezwany do tablicy: Dla mnie nauczka z I dnia jest taka, że pierwszy dzień powinien być dla mnie mniej intensywny. 15 km i ponad 1000m przewyższenia z biwakowym plecakiem do dużo w zastanych warunkach.Masyw Radziejowej jest jednak rozległy. Startuje się "nisko" i trzeba do tego podchodzić poważnie. Zawsze Babia była dla mnie klasą "alpejską" w Beskidach. A ten masyw wiele mu nie ustępuje.Barsus dostał w kość przez ciężki plecak. Kiedyś dużo na nartach poruszałem się z takim plecakiem, było mi łatwiej, ale i tak dostałem w kość.Szybkie pokonanie odcinka Przyhyba - Wlk. Rogacz było moim planem. Odcinka Wlk. Rogacz - Niemcowa - Piwniczna nie pokonywałem zimą, po za rejonem Niemcowej. Uznałem, że trzeba "wypracować" rezerwę czasową. Dzięki temu w Piwnicznej zjedliśmy, odpoczęliśmy i spokojnie wsiedliśmy do pociągu.Po za tym ten dzień uważam za swój dobry dzień kondycyjny. Byłem "na przodku", zmęczyłem się, ale miałem poczucie dobrze wykonanej pracy.Zastrugi pomiędzy Niemcową a Rogaczem kosztowały mnie sporo pracy, by Bartkowi ułatwić poruszanie.Czapki z głów przed środowiskiem Nowo  -Sądeckiego PTTK. Zimowa sieć szlaków narciarskich, w skali naszego kraju to " wzorzec metra z Sevres". Wielka praca i świetny efekt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż mogę ci odpowiedzieć Michale? Chyba tylko raz jeszcze podziękować mogę za doskonały wspólny wypad.
      A szlaki narciarskie w Sądeckim to faktycznie świetna sprawa. Tu ich wykaz:

      https://www.nowysacz.pl/szlaki-narciarskie

      Usuń
    2. Bartek! sięgając pamięcią wstecz to: w Karkonoszach i rok temu w Sądeckim pierwszy dzień był mniej lub bardziej lightowy i dlatego kolejne dni były kondycyjne dobre. Chyba uderzyliśmy w zbyt wysokie C.
      Z tą "w sumie osiemdziesiątką" to trochę przesadziłeś. Siedemdziesiąt plus brzmi lepiej. Teraz "plusy" są w modzie ;-)

      Usuń
    3. Przyznam że ja to pamiętam nieco inaczej. W zeszłym roku zaraz po mojej podróży ruszyliśmy w góry i skończyliśmy późnym wieczorem. Drugi dzień nie był zbyt wysiłkowy ale narzekałeś na brak energii. Z tego powodu nawet odpuściliśmy drugą turę zjazdów w okolicy Kosarzysk. trzeciego dnia ruszyliśmy na przehybę i to był najdłuższy dzień z zeszłorocznego wyjazdu. w Karkonoszach z kolei faktycznie pierwszy dzień był bardzo lekki, drugi średnio długi, a naprawdę długi dystans zrobiliśmy dopiero trzeciego dnia..
      Czyli wynikałoby, że w naszym teamie najlepiej wychodzi nam dopiero trzeci dzień.
      Bę😉😀okładnym to my w sumie mamy nawet 80 plus. A posługując się manipulacją to mamy i 40 plus i 50 plus i nawet 60 plus.

      Usuń
  4. Zbieg okoliczności począwszy od położenia puchówki pod głowę i przykrycie jej poduszką "by było" jeszcze wygodniej, po przez nocleg Steda noc później i dostarczenie jej do Urzędu pocztowego w Rytrze to odrębna historia. Sted obecnie w Beskidzie Niskim w okolicach Banicy. Pozdrawiam serdecznie, PimPuchówka już w szafie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeeee ja tam obstaje że to kurtka a nie sweterek 😜 test organoleptyczny był przeprowadzony 😁 Pozdrawiam

      Usuń
    2. No faktycznie bliżej temu do kurtki. Chociaż Małachowski szyje też taki "sweter" w serii Guide Pro, który ma 200 g puchu i szwy dystansowe.

      Usuń
    3. I to jest mój ulubiony "wagomiar". Sweterek to za mało, kurtka klasy Gardy za dużo (po prostu mało jest obecnie okoliczności przyrody do jej użycia). A takie 200 gram w sam raz.

      Usuń
  5. W ubiegłym tygodniu zrezygnowałem z wyjazdu w Beskidy. Miałem na tapecie Beskid Sądecki lub Niski, trudno. ;) Barsus, jakie masz przemyślenia odnośnie termosu na paszę? Też się nad nim zastanawiam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barsus na pewno odpowie. Z mojego punktu widzenia jestem na tak. Mimo, że dźwiganie przez Barsusa dwóch termosów uważałem na początku za heroizm. Zimą po 5 godzinach od śniadania, ciepły posiłek daje kopa na II część dnia. Osobiście zimą jem dużo chałwy (ze względu na tłuszcze) i wydaje mi się, że jest dobrym paliwem. Ale taka kasza z sosem to inna liga. Z perspektywy pierwszych doświadczeń uważam, że masa termosu skompensowana jest zaletami.

      Usuń
    2. menelu pod tym linkiem jest trochę moich wrażeń z tego wyjazdu w kontekście użycia termosu obiadowego. niebawem mam zamiar napisać coś szerszego na ten temat i zamieścić na blogu więc nie będę się produkował po kilka razy. jeśli możesz zerknij na razie pod podany link i cierpliwie poczekaj na obszerniejszy wpis.
      Termosy obiadowe - jaki wybrać? - forum.NGT.pl - opinie użytkowników
      http://ngt.pl/forum/termosy-obiadowe-jaki-wybrac-,6869,3.html

      Usuń
    3. Barsus, dzięki. Poczekam z opisem "nablogu". Na pewno obczaję temat z Dec-a. Termos na paszę będzie obowiązkowy "na sanki", wygląda na to, że w przyszłym roku.

      Usuń
  6. Najważniejsze żeby czerpać przyjemność z tego co jest w danym momencie, dlatego napisze to co już kiedyś gdzieś pisałem. Nie mam wyznaczonej trasy tylko z dnia na dzień chodzę tam gdzie mam ochotę. Przyznam że nie jestem fanem trzymania się zaplanowanej trasy od początku do końca typu GSB, bycia niewolnikiem swoich planów, zdobywania korony gór Polski, kolekcjonowania kolejnych szlaków, szczytów, tzw. robienia szlaku w jak najkrótszym czasie. Jeśli już to ideałem byłoby przejście w jak najdłuższym czasie, bez pośpiechu. Niech każdy robi co tam lubi albo każe mu ambicja ale kolekcjonowanie to nie moja filozofia chodzenia po górach. Celem NIE jest dotarcie na szczyt ale sama droga i jej trwanie jest najważniejsze :) a szczyty ? mijam je po drodze. Jak ktoś mnie pyta co tam za szczyty zdobyłem to zawsze mówię ze ja sobie tylko po górach chodzę :-) Dlatego takie podejście jak Twoje jest mi bliskie. Ps. Muszę ograniczyć swoją szafę na wyjazdach bo ten ciężar mnie już przytłacza. Pozdrawiam z Beskidu Niskiego Sted :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko się nie zgodzić tak w kwestii filozofii wędrówki jak i w kwestii odchudzenia plecaka... :D

      Usuń
  7. Bardzo przyzwoita tura. Przewyższenia w Sądeckim są całkiem poważne, do tego świeży opad śniegu, zrobiliście tyle ile dało się zrobić. To schronisko na Przehybie jest całkiem sympatyczne, dobrze że udało Wam się wygospodarować kąt dla siebie, bo w tego typu miejscach łatwo o nocne hałasy. Też miałem okazję spać tam na materacu. :)

    Fajnie że się rozpisałeś, jest co czytać, cieszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ani o jotę mniej, ani o ćwierć więcej. Tyle ile się dało...
      Schronisko jest ok. Mają dobre lody i szarlotkę. Sala zbiorowa/ zastępcza też jest dla takich dwóch jak my dwaj wystarczająca z nawiązką.
      A, że miło ci czytać to cała przyjemność po mojej stronie. Poza tym było czemu się rozpisać to i się rozpisałem. !D

      Usuń