| Sucha Góra widziana z masywu Królewskiej Góry - | marzec 2016 r. |
Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.
niedziela, 13 listopada 2016
Sucha Góra - mokry dół
poniedziałek, 31 października 2016
Blisko domu a też outdoor
Co zrobić gdy się chce i jednocześnie nie chce? Gdy tydzień był męczący a na myśl o wczesnym wstawaniu, żeby dojechać w góry pierwsza reakcja, to nie ma mowy? Te dylematy rozwiązuje Bór Głogowski, moje miejsce na szybkie parogodzinne wycieczki w czasie wolnym.
Aby tam dojechać nie muszę wstawać wcześnie. Nie potrzeba zbyt dużo czasu na dotarcie do niego (zaledwie 45 minut wliczając ewentualne oczekiwanie na przesiadkę). Wystarczy szybko wrzucić do plecaka coś do jedzenia kurtkę przeciwdeszczową, termos z herbatą, wskoczyć w autobus i po chwili można cieszyć się wędrówką w pięknym lesie.
W Borze możemy wędrować szlakami (żółtym i zielonym) albo wyraźnymi drogami szutrowymi lub piaszczystymi. Znajdziemy tam także drogi rowerowe a śnieżną zimą to doskonałe miejsce na biegówki. Gdy będziemy znużeni aktywnością znajdziemy w kilku miejscach ławki ze stołami. W okolicach strzelnicy, bo jest tam i ona, znajduje się miejsce na ognisko z wiatą oraz stołami.
Jest także coś dla miłośników miejsc związanych z przeszłością. Konkretnie zbiorowa mogiła żydów zamordowanych w czasie II Wojny Światowej.
Dojazd jest właściwie bezproblemowy. Wszystkie autobusy jadące do Głogowa Małopolskiego mają przystanki pod samym lasem. Inne przystanki z których dostaniemy się do Boru to Głogów Małopolski i Wysoka Głogowska. W obu przypadkach na miejsce doprowadzi nas szlak żółty. Istnieje także opcja dojazdu pociągiem Przewozów Regionalnych relacji Rzeszów - Tarnobrzeg. Należy z niego wysiąść w Rogoźnicy. Jednak jest to wariant nieco niewygodny. Ze stacji trzeba przejść relatywnie spory odcinek wzdłuż ruchliwej drogi. Inną opcją kolejową jest dojazd do Głogowa Małopolskiego, a tam najlepiej ze stacji przez miasto ruszyć za znakami szlaku żółtego w kierunku południowo-wschodnim. W lesie są także parkingi dla zmotoryzowanych turystów. Przy jednym z nich jest nawet plac zabaw i plastikowe toalety.
Jeśli chodzi o mnie lubię tam pojechać zimą. Jednak najbardziej w Borze lubię jesień. Czemu jesień? A to już trzeba zobaczyć samemu. Każdy kto lubi las będzie wiedział co jest niezwykłego w nim jesienią a kto nie wie ma okazję sprawdzić. Takie sprawdzanie to doskonały pretekst aby się wybrać do najbliższej kniei. Poniżej parę zdjęć z kilku ostatnich jesieni, na zachętę dla leniwych i nieprzekonanych.
Gdy dojadę do lasu przechodzę w nim ok 10/ 15 km jeśli jestem tam sam. Gdy jedziemy rodzinnie dystans jest mniejszy. Ale z rodziną nie jadę się wyhasać tylko by pobyć razem. A herbata z termosu i domowe łakocie pod gołym niebem w dobrym towarzystwie są wspaniałym przerywnikiem naszych leśnych wędrówek.
To właśnie moje miejsce na szybki outdoorowy wypad. Polecam wszystkim mieszkańcom Rzeszowa i tym którzy będąc w nim mają ochotę wybrać się na łono natury. A wasze miejsca na szybkie wyrwanie się z miasta? Piszcie w komentarzach. Chętnie o nich poczytam, nie tylko o tych z moich okolic.
p.s.
W lesie jak to w lesie można spotkać źwierzątko. :D
poniedziałek, 24 października 2016
Na zachód od beskidzkiej codzienności
Tak wypadło, że wakacyjne plany trzeba było zweryfikować. A w ich miejsce najłatwiej zorganizować parę dni w Beskidzie Niskim. Organizacja poza tym to zbyt szumne słowo. Z Beskidem jestem tak zżyty, że właściwie wymyśliliśmy początek drogi i jej koniec, spakowaliśmy plecaki i w pewną sobotę ruszyliśmy.
Regułą staje się powoli, że w moich eskapadach towarzyszką jest Śliwka. Tym razem także zechciała ruszyć ze mną na szlak. Dodatkowo Beskid Niski dla niej ma w sobie ten niezaprzeczalny urok, że można w nim ciągle napotkać wiele przykładów drewnianej architektury. A Śliwka jest w niej zakochana. Pasjonuje ją także etnografia. Dla takiej osoby tereny między Krynicą a Komańczą to przecież raj. Ja z kolei pomyślałem, że wreszcie mam szanse zobaczyć te okolice, które do tej pory omijałem w beskidzkich wędrówkach. Był to Główny Szlak Beskidzki na odcinku Wołowiec Regietów i dalej do Krynicy.
Dzień pierwszy sobota
Folusz- Bacówka Bartne
Na Foluszu znaleźliśmy się dość późno, bo dopiero około piętnastej. Jednak mieliśmy w planach marsz wyraźnymi szutrami, które nawet po zmroku nie są nawigacyjnym wyzwaniem. Dodatkowo pora roku sprzyja takim późnym wyjściom. Dni są długie a szarówka utrzymująca się po zmierzchu wystarcza do sprawnego wędrowania.
Pierwszy fragment trasy przebiegał między Foluszem a Świątkową Wielką. Nie szliśmy najkrótszym wariantem do schroniska, bo postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o Świerzową Ruską. Dlatego ruszyliśmy niebieskim szlakiem rowerowym, który wygodnie łączy obie miejscowości. Właściwie nie ma w tej drodze nic nadzwyczajnego. Ja mimo to darzę ją sentymentem i gdy tylko mam możliwość lubię tam się przejść. Ku mojej radości Magurski Park Narodowy postawił przy niej nową wiatę. Dokładnie w miejscu gdzie zielony szlak do Mrukowej opuszcza szutrową drogę. My minęliśmy ją jednak i pierwszy konkretny postój zrobiliśmy sobie na Polanie Świerzowskiej.
Kolejne kilometry (6,5) były lżejsze ponieważ droga na całej swej długości traciła z mozołem zdobytą wysokość. Wędrując nią robiliśmy tylko małe przystanki na picie i kilka zdjęć bobrzej żeremi.
Pogoda ustabilizowała się i nad naszymi głowami zaległy szaro-bure chmury. Na szczęście nic z nich nie padało. Sprawnie minęliśmy Świątkową.
Wchodząc do Świerzowej Ruskiej na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy tablicy z mapą i opisem tej nie istniejącej wsi. Skręciliśmy w boczną dróżkę prowadzącą na stare cerkwisko i cmentarz. Znaleźliśmy tam cebulaste zwięczenie dawnej świątyni stojące pośród drzew. Niestety przez goniący nas zmierzch nie mogliśmy zatrzymać się na dłużej. Maszerując dalej doliną co chwilę przecinaliśmy potok, który teraz bardzo leniwie toczył wodę. Szlak często przechodzi nad nim po drewnianych kładkach, które przy tak niskim stanie wody są zbędne. Kawałek przed Przełęczą Majdan minęliśmy solidny zamykany schron. Pokusa zanocowania w nim zatrzymała nas na moment w jego wnętrzu. Tym razem zdecydowaliśmy się odpuścić i ruszyć do schroniska. Te parę kilometrów zrobionych w drodze do niego ujmowało nam drogi w dniu następnym.
Nie poszliśmy jednak najkrótszą drogą. Wielokrotnie miałem okazję przechodzić bagna między Przełęczą Majdan a Bacówką Bartne i kiedy tylko mogę omijam je. Robię to dosłownie szerokim łukiem. Szutrem, od jakiegoś czasu mającym znaki żółte, zeszliśmy do wsi i dalej drogą asfaltową dotarliśmy do schroniska. Dokładny przebieg tego obejścia można znaleźć na aktualnych mapach Beskidu. Przez asfaltowy odcinek eskortował nas sympatyczny psiak. Miał on w sobie coś z labradora. Był wesoły i ufny. Był też opiekuńczy. Umożliwił nam spokojne przejście przez wieś, w której jest całe mnóstwo hałaśliwych burków. Każdego kolegę, który szykował się do wybiegnięcia na drogę, utrzymywał w granicach posesji. Każdy z tych kundli czynił z osobna jazgot za trzech, on zaś nawet nie warczał tylko delikatnie mruczał. Trochę jak zaklinacz, albo ktoś pewny swojej siły. Gdy jego zaklęcia przestawały być potrzebne, bo zdążyliśmy się oddalić, doganiał nas i rozpoczynał radosny pląs. Pod drzwiami schroniska rozpłynął się jak cień.
A w środku przywitała nas barciańska atmosfera i jej mrukowaty sprawca. Co by o nim nie mówić, to bez problemu uraczył nas ciepłą strawą. A było już nie dużo do dziesiątej. Jak zawsze jego odpowiedzi na moje, jak myślałem proste pytania, nieco zbijały mnie z tropu. Jednak przy odrobinie dobrej woli dawaliśmy radę się porozumieć.
Dzień drugi niedziela
Bacówka Bartne- Baza Namiotowa w Regietowie
Ponownie na szlak wyszliśmy dość późno. Poranne dosypianie, toaleta i śniadanie zeszło nam do za piętnaście jedenasta. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z przejścia przez Nieznajową i z pierwotnych planów pozostało nam tylko zboczenie do cerkwi w Wołowcu. Odcinek od schroniska do Wołowca przeszliśmy nieco dłuższym wariantem. Początkowo do asfaltu za znakami niebieskimi a później drogą do samej cerkwi. Dzięki temu wstąpiliśmy po drodze na małą polankę z miłym oku widokiem.
Nasze tempo nie chciało w żaden sposób wznieść się ponad leniwe człapanie. Z pewnością wpływ na to miał niewielki dystans, który chcieliśmy przejść. Okolica także tchnęła sielskością i zachęcała przez to do lenistwa. A pogoda, która zaczęła wyraźnie się poprawiać, także utrudniała nam nabranie większego rozpędu. Cóż mieliśmy zrobić? Przecież nie ma sensu walczyć z taką nawałnicą przeciwności losu.
W Wołowcu najpierw pod cerkwią, a później nad rzeką zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Śliwka skorzystała z tego czasu i upichciła sobie owsiankę. Nad rzekę zawędrowaliśmy już właściwie wypoczęci i gotowi do drogi z zamiarem lekkiego odświeżenia się w niej. Ale urok zakątka obezwładnił tak Śliwkę, że musiała w nim posiedzieć choć chwilkę...
Gdy niespiesznie ruszyliśmy w dalszą drogę nasze miejsce nad rzeką zajął samochód. Zza zamkniętych szyb rwał się na wolność ryk tłumionej muzyki. Dźwięki w pierwszej chwili sprawiały wrażenie nieprzyjemnych. Były bębniące i jakieś sztuczne. Zmieniło się to gdy otwarły się drzwi i mogły ony swobodnie ruszyć w świat. Miłe uchu rify punkrocka rozległy się kontrastując z majestatem drewnianej cerkwi patrzącej na to wszystko z góry. Idąc w swoją stronę ujrzeliśmy jeszcze olbrzymi irokez kierowcy. Zabawne, ale w Beskidzie Niskim ta sytuacja była jakoś dziwnie na miejscu...
Droga do Krzywej początkowo nużyła swoimi szutrami, później natomiast męczyła kluczeniem pośród wysokich traw i ciągłym przekraczaniem strumieni.
Dopiero przed Popowymi Wierchami dała nam odpocząć od tych atrakcji. Szeroką łąką wspięła się w górę i zmieniła w las. A ten sprowadził nas do Ługu. Między Krzywą a Ługiem spotkaliśmy plecakowych turystów po raz pierwszy. Była to samotna dziewczyna i wędrujący samotnie chłopak, a daleko za nimi podążała większa paczka brodatych i roześmianych jegomościów.
Za Ługiem czekało nas ostatnie tego dnia podejście na Rotundę. Ten fragment strasznie się dłużył mimo, że w naszym marszu nie można już było dostrzec porannego marazmu. Gdy nieco zgrzani weszliśmy na szczyt pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa, po czym sprawnie zeszliśmy do bazy namiotowej.
W niej przywitali nas sympatyczny bazowy Janek i jego siedmioletnia pomocnica Aurelia. Szybko zostaliśmy poinformowani co wolno a czego nie, gdzie co jest i jak można zorganizować sobie ciepły prysznic. Gdy umyliśmy się natryskiem z konewki i ogarnęliśmy kąt do spania przyszła pora na posiadówę przy ognisku i ciepły posiłek. Jedzenie było nasze ale herbata Janka. Parzył on samodzielnie zerwaną świeżą mięte. Napar z niej jak wszystko gotowane na ognisku smakował nieco wędzonym.
Ze Śliwką już kiedyś korzystaliśmy z tej bazy. Było to jednak po sezonie i nie było w niej tak klimatycznie. Nikt nie częstował taką herbatą i nie można było się wykąpać w tak niecodziennej łazience. Janek podpytany opowiedział nam jak to jest z niedźwiedziami w tej części Beskidu. Jego zdaniem są rzadkością na tamtych terenach i pojawiają się niejako tranzytem. Ale gdy już zaznaczą swoją obecność to stają się tematem dla miejscowych podczas sączenia piwa pod sklepami. Ot tacy niedźwiedzi celebryci. A pogaduchy i piwo pod sklepem to niemal tabloid w takich okolicach.
Dzień trzeci poniedziałek
Baza Namiotowa w Regietowie- Krynica
Wietrzna noc utrudniająca mi sen sprawiła, że nasze wyjście odwlekło się do dziesiątej. Gdy żegnaliśmy się z Jankiem, dostaliśmy jeszcze kontakt do miejsca z przyzwoitymi noclegami w Krynicy. Wieczorem w rozmowie coś wspomniałem, że nie mamy gdzie zanocować w kurorcie i stąd jego gest. Po szerokim moście produkcji Lasów Państwowych ruszyliśmy aby zmierzyć się z Kozim Żebrem i jego osławionym zboczem. Właśnie tam spotkaliśmy paru harcerzy. Chłopaki twardo maszerowali w mundurach i rogatywkach. A żar powoli zaczynał lać się z nieba. Pewno za punkt honoru postawili sobie świecić przykładem i reklamować swoją organizację. Mnie na ich widok robiło się upiornie gorąco. Idąc Kozim Żebrem mijaliśmy się co jakiś czas. Ulgę w tym marszu dawał cień lasu, który rósł prawie do samej Chańczowej. Tam pod sklepem ostatni raz spotkaliśmy harcerzy. My w okolicach południa zrobiliśmy sobie pod nim przerwę śniadaniową, a oni z zakupami ruszyli dalej.
Po jakimś czasie podjęliśmy przerwaną wędrówkę. Czekał nas długi odcinek poprowadzony asfaltem. Temperatura mocno dawała się we znaki. Wszystko za sprawą bezchmurnego nieba nad głową i rozprażonego asfaltu pod nogami. Dobrze, że chociaż kojąco na zmysły działała zieloność łąk sielsko rozciągniętych po obu stronach drogi.
Gdy skręciliśmy do Ropek na parę godzin porzuciliśmy grzejący asfalt. Zamieniliśmy go na szuter. Z jednej strony na takiej nawierzchni można śmiało i szybko się przemieszczać bez obawy o pobłądzenie, z drugiej zaś jest ona mimo wszystko obciążeniem dla stóp. Znacznie mniej niż ścieżka leśna amortyzuje kroki. A wytchnienie od twardych dróg to było coś co coraz bardziej było potrzebne naszym stopom. Mimo lekkich sportowych butów obydwoje nabawiliśmy się pęcherzy. A pobłądzenie także nam się przydarzyło. Jednak porównanie mapy z okolicą i okolicy z kompasem sprawiło, że nie musieliśmy się wracać tylko wspomnianym szutrem dotarliśmy do szlaku. Obie drogi łączyły się w dalszej części ze sobą. Szuter dał nam jeszcze jedną rzeczą w kość. Wędrując nim pośród lasów mieliśmy wciąż nad głowami palące słońce. Cień okolicznych drzew bardzo rzadko docierał na nasz szlak. Gorąco stopniowo wysysało z nas siły. Gdy dotarliśmy do kolejnej drogi asfaltowej musieliśmy odpocząć.
Dalszą wędrówkę przez Banicę do Mochnaczki Niżnej będę kojarzył z pięknymi widokami. Zejścia czerwonego szlaku do obydwu miejscowości wiodą przez rozległe łąki. Dla nas lipiec zazielenił je malowniczo i dał pretekst do krótkich postojów aby nacieszyć nimi oczy. W Mochnaczce zaszliśmy ponownie do sklepu i rozstrzygnęliśmy kwestię, którędy pójdziemy do Krynicy. Z powodu późnej godziny i obolałych stóp wybraliśmy asfalt. Był to wariant krótszy a i tak na kwaterze stanęliśmy około dziewiątej.
Dzień czwarty wtorek
Krynica- Rzeszów
Wieczorem podjęliśmy decyzje, że ostatni dzień przeznaczamy tylko na powrót do domu. Początkowo planowaliśmy z Krynicy dojść przez Schronisko na Hali Łabowskiej do Piwnicznej. Jednak nasze skancerowane stopy powiedziały dość. Spokojnie wyspaliśmy się do oporu, zjedliśmy śniadanie i w okolicach południa ruszyliśmy snuć się po mieście. Zaopatrzyliśmy się, ja w pamiątki dla bliskich i oscypki, a Śliwka w książkę o Łemkowszczyźnie oraz podobnie do mnie w sery. Trzy godziny przeleciały nam przez palce i przed odejściem naszego pociągu poszliśmy kupić jakieś prowianty na drogę. W sklepie Śliwkę naszła ochota na arbuz. A, że najlepszy sposób na pokusę to jej ulec to też przystąpiła do wyboru apetycznej ćwiartki. Jakie było jej zdziwienie gdy okazało się, że arbuzy w tym sklepie wycenione są jako ogony wieprzowe. Przy kasie postanowiliśmy sprostować pomyłkę. Tym samym sprawiliśmy wielką uciechę całej obsłudze. Ten optymistyczny akcent, nie licząc naszej niemal sześciogodzinnej podróży, zakończył naszą wakacyjną wędrówkę przez zachodnią część Beskidu Niskiego. Było pysznie, ale może czas ponownie wybrać się gdzieś dalej?...
Lipiec 2016
zdjęcia Barsus i Liwia Sus
Na Foluszu znaleźliśmy się dość późno, bo dopiero około piętnastej. Jednak mieliśmy w planach marsz wyraźnymi szutrami, które nawet po zmroku nie są nawigacyjnym wyzwaniem. Dodatkowo pora roku sprzyja takim późnym wyjściom. Dni są długie a szarówka utrzymująca się po zmierzchu wystarcza do sprawnego wędrowania.
Pierwszy fragment trasy przebiegał między Foluszem a Świątkową Wielką. Nie szliśmy najkrótszym wariantem do schroniska, bo postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o Świerzową Ruską. Dlatego ruszyliśmy niebieskim szlakiem rowerowym, który wygodnie łączy obie miejscowości. Właściwie nie ma w tej drodze nic nadzwyczajnego. Ja mimo to darzę ją sentymentem i gdy tylko mam możliwość lubię tam się przejść. Ku mojej radości Magurski Park Narodowy postawił przy niej nową wiatę. Dokładnie w miejscu gdzie zielony szlak do Mrukowej opuszcza szutrową drogę. My minęliśmy ją jednak i pierwszy konkretny postój zrobiliśmy sobie na Polanie Świerzowskiej.
Kolejne kilometry (6,5) były lżejsze ponieważ droga na całej swej długości traciła z mozołem zdobytą wysokość. Wędrując nią robiliśmy tylko małe przystanki na picie i kilka zdjęć bobrzej żeremi.
Pogoda ustabilizowała się i nad naszymi głowami zaległy szaro-bure chmury. Na szczęście nic z nich nie padało. Sprawnie minęliśmy Świątkową.
Wchodząc do Świerzowej Ruskiej na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy tablicy z mapą i opisem tej nie istniejącej wsi. Skręciliśmy w boczną dróżkę prowadzącą na stare cerkwisko i cmentarz. Znaleźliśmy tam cebulaste zwięczenie dawnej świątyni stojące pośród drzew. Niestety przez goniący nas zmierzch nie mogliśmy zatrzymać się na dłużej. Maszerując dalej doliną co chwilę przecinaliśmy potok, który teraz bardzo leniwie toczył wodę. Szlak często przechodzi nad nim po drewnianych kładkach, które przy tak niskim stanie wody są zbędne. Kawałek przed Przełęczą Majdan minęliśmy solidny zamykany schron. Pokusa zanocowania w nim zatrzymała nas na moment w jego wnętrzu. Tym razem zdecydowaliśmy się odpuścić i ruszyć do schroniska. Te parę kilometrów zrobionych w drodze do niego ujmowało nam drogi w dniu następnym.
Nie poszliśmy jednak najkrótszą drogą. Wielokrotnie miałem okazję przechodzić bagna między Przełęczą Majdan a Bacówką Bartne i kiedy tylko mogę omijam je. Robię to dosłownie szerokim łukiem. Szutrem, od jakiegoś czasu mającym znaki żółte, zeszliśmy do wsi i dalej drogą asfaltową dotarliśmy do schroniska. Dokładny przebieg tego obejścia można znaleźć na aktualnych mapach Beskidu. Przez asfaltowy odcinek eskortował nas sympatyczny psiak. Miał on w sobie coś z labradora. Był wesoły i ufny. Był też opiekuńczy. Umożliwił nam spokojne przejście przez wieś, w której jest całe mnóstwo hałaśliwych burków. Każdego kolegę, który szykował się do wybiegnięcia na drogę, utrzymywał w granicach posesji. Każdy z tych kundli czynił z osobna jazgot za trzech, on zaś nawet nie warczał tylko delikatnie mruczał. Trochę jak zaklinacz, albo ktoś pewny swojej siły. Gdy jego zaklęcia przestawały być potrzebne, bo zdążyliśmy się oddalić, doganiał nas i rozpoczynał radosny pląs. Pod drzwiami schroniska rozpłynął się jak cień.
A w środku przywitała nas barciańska atmosfera i jej mrukowaty sprawca. Co by o nim nie mówić, to bez problemu uraczył nas ciepłą strawą. A było już nie dużo do dziesiątej. Jak zawsze jego odpowiedzi na moje, jak myślałem proste pytania, nieco zbijały mnie z tropu. Jednak przy odrobinie dobrej woli dawaliśmy radę się porozumieć.
Dzień drugi niedziela
Bacówka Bartne- Baza Namiotowa w Regietowie
Ponownie na szlak wyszliśmy dość późno. Poranne dosypianie, toaleta i śniadanie zeszło nam do za piętnaście jedenasta. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z przejścia przez Nieznajową i z pierwotnych planów pozostało nam tylko zboczenie do cerkwi w Wołowcu. Odcinek od schroniska do Wołowca przeszliśmy nieco dłuższym wariantem. Początkowo do asfaltu za znakami niebieskimi a później drogą do samej cerkwi. Dzięki temu wstąpiliśmy po drodze na małą polankę z miłym oku widokiem.
Nasze tempo nie chciało w żaden sposób wznieść się ponad leniwe człapanie. Z pewnością wpływ na to miał niewielki dystans, który chcieliśmy przejść. Okolica także tchnęła sielskością i zachęcała przez to do lenistwa. A pogoda, która zaczęła wyraźnie się poprawiać, także utrudniała nam nabranie większego rozpędu. Cóż mieliśmy zrobić? Przecież nie ma sensu walczyć z taką nawałnicą przeciwności losu.
W Wołowcu najpierw pod cerkwią, a później nad rzeką zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Śliwka skorzystała z tego czasu i upichciła sobie owsiankę. Nad rzekę zawędrowaliśmy już właściwie wypoczęci i gotowi do drogi z zamiarem lekkiego odświeżenia się w niej. Ale urok zakątka obezwładnił tak Śliwkę, że musiała w nim posiedzieć choć chwilkę...
Gdy niespiesznie ruszyliśmy w dalszą drogę nasze miejsce nad rzeką zajął samochód. Zza zamkniętych szyb rwał się na wolność ryk tłumionej muzyki. Dźwięki w pierwszej chwili sprawiały wrażenie nieprzyjemnych. Były bębniące i jakieś sztuczne. Zmieniło się to gdy otwarły się drzwi i mogły ony swobodnie ruszyć w świat. Miłe uchu rify punkrocka rozległy się kontrastując z majestatem drewnianej cerkwi patrzącej na to wszystko z góry. Idąc w swoją stronę ujrzeliśmy jeszcze olbrzymi irokez kierowcy. Zabawne, ale w Beskidzie Niskim ta sytuacja była jakoś dziwnie na miejscu...
Droga do Krzywej początkowo nużyła swoimi szutrami, później natomiast męczyła kluczeniem pośród wysokich traw i ciągłym przekraczaniem strumieni.
Dopiero przed Popowymi Wierchami dała nam odpocząć od tych atrakcji. Szeroką łąką wspięła się w górę i zmieniła w las. A ten sprowadził nas do Ługu. Między Krzywą a Ługiem spotkaliśmy plecakowych turystów po raz pierwszy. Była to samotna dziewczyna i wędrujący samotnie chłopak, a daleko za nimi podążała większa paczka brodatych i roześmianych jegomościów.
Za Ługiem czekało nas ostatnie tego dnia podejście na Rotundę. Ten fragment strasznie się dłużył mimo, że w naszym marszu nie można już było dostrzec porannego marazmu. Gdy nieco zgrzani weszliśmy na szczyt pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa, po czym sprawnie zeszliśmy do bazy namiotowej.
W niej przywitali nas sympatyczny bazowy Janek i jego siedmioletnia pomocnica Aurelia. Szybko zostaliśmy poinformowani co wolno a czego nie, gdzie co jest i jak można zorganizować sobie ciepły prysznic. Gdy umyliśmy się natryskiem z konewki i ogarnęliśmy kąt do spania przyszła pora na posiadówę przy ognisku i ciepły posiłek. Jedzenie było nasze ale herbata Janka. Parzył on samodzielnie zerwaną świeżą mięte. Napar z niej jak wszystko gotowane na ognisku smakował nieco wędzonym.
Ze Śliwką już kiedyś korzystaliśmy z tej bazy. Było to jednak po sezonie i nie było w niej tak klimatycznie. Nikt nie częstował taką herbatą i nie można było się wykąpać w tak niecodziennej łazience. Janek podpytany opowiedział nam jak to jest z niedźwiedziami w tej części Beskidu. Jego zdaniem są rzadkością na tamtych terenach i pojawiają się niejako tranzytem. Ale gdy już zaznaczą swoją obecność to stają się tematem dla miejscowych podczas sączenia piwa pod sklepami. Ot tacy niedźwiedzi celebryci. A pogaduchy i piwo pod sklepem to niemal tabloid w takich okolicach.
Dzień trzeci poniedziałek
Baza Namiotowa w Regietowie- Krynica
Wietrzna noc utrudniająca mi sen sprawiła, że nasze wyjście odwlekło się do dziesiątej. Gdy żegnaliśmy się z Jankiem, dostaliśmy jeszcze kontakt do miejsca z przyzwoitymi noclegami w Krynicy. Wieczorem w rozmowie coś wspomniałem, że nie mamy gdzie zanocować w kurorcie i stąd jego gest. Po szerokim moście produkcji Lasów Państwowych ruszyliśmy aby zmierzyć się z Kozim Żebrem i jego osławionym zboczem. Właśnie tam spotkaliśmy paru harcerzy. Chłopaki twardo maszerowali w mundurach i rogatywkach. A żar powoli zaczynał lać się z nieba. Pewno za punkt honoru postawili sobie świecić przykładem i reklamować swoją organizację. Mnie na ich widok robiło się upiornie gorąco. Idąc Kozim Żebrem mijaliśmy się co jakiś czas. Ulgę w tym marszu dawał cień lasu, który rósł prawie do samej Chańczowej. Tam pod sklepem ostatni raz spotkaliśmy harcerzy. My w okolicach południa zrobiliśmy sobie pod nim przerwę śniadaniową, a oni z zakupami ruszyli dalej.
Po jakimś czasie podjęliśmy przerwaną wędrówkę. Czekał nas długi odcinek poprowadzony asfaltem. Temperatura mocno dawała się we znaki. Wszystko za sprawą bezchmurnego nieba nad głową i rozprażonego asfaltu pod nogami. Dobrze, że chociaż kojąco na zmysły działała zieloność łąk sielsko rozciągniętych po obu stronach drogi.
Gdy skręciliśmy do Ropek na parę godzin porzuciliśmy grzejący asfalt. Zamieniliśmy go na szuter. Z jednej strony na takiej nawierzchni można śmiało i szybko się przemieszczać bez obawy o pobłądzenie, z drugiej zaś jest ona mimo wszystko obciążeniem dla stóp. Znacznie mniej niż ścieżka leśna amortyzuje kroki. A wytchnienie od twardych dróg to było coś co coraz bardziej było potrzebne naszym stopom. Mimo lekkich sportowych butów obydwoje nabawiliśmy się pęcherzy. A pobłądzenie także nam się przydarzyło. Jednak porównanie mapy z okolicą i okolicy z kompasem sprawiło, że nie musieliśmy się wracać tylko wspomnianym szutrem dotarliśmy do szlaku. Obie drogi łączyły się w dalszej części ze sobą. Szuter dał nam jeszcze jedną rzeczą w kość. Wędrując nim pośród lasów mieliśmy wciąż nad głowami palące słońce. Cień okolicznych drzew bardzo rzadko docierał na nasz szlak. Gorąco stopniowo wysysało z nas siły. Gdy dotarliśmy do kolejnej drogi asfaltowej musieliśmy odpocząć.
Dalszą wędrówkę przez Banicę do Mochnaczki Niżnej będę kojarzył z pięknymi widokami. Zejścia czerwonego szlaku do obydwu miejscowości wiodą przez rozległe łąki. Dla nas lipiec zazielenił je malowniczo i dał pretekst do krótkich postojów aby nacieszyć nimi oczy. W Mochnaczce zaszliśmy ponownie do sklepu i rozstrzygnęliśmy kwestię, którędy pójdziemy do Krynicy. Z powodu późnej godziny i obolałych stóp wybraliśmy asfalt. Był to wariant krótszy a i tak na kwaterze stanęliśmy około dziewiątej.
Dzień czwarty wtorek
Krynica- Rzeszów
Wieczorem podjęliśmy decyzje, że ostatni dzień przeznaczamy tylko na powrót do domu. Początkowo planowaliśmy z Krynicy dojść przez Schronisko na Hali Łabowskiej do Piwnicznej. Jednak nasze skancerowane stopy powiedziały dość. Spokojnie wyspaliśmy się do oporu, zjedliśmy śniadanie i w okolicach południa ruszyliśmy snuć się po mieście. Zaopatrzyliśmy się, ja w pamiątki dla bliskich i oscypki, a Śliwka w książkę o Łemkowszczyźnie oraz podobnie do mnie w sery. Trzy godziny przeleciały nam przez palce i przed odejściem naszego pociągu poszliśmy kupić jakieś prowianty na drogę. W sklepie Śliwkę naszła ochota na arbuz. A, że najlepszy sposób na pokusę to jej ulec to też przystąpiła do wyboru apetycznej ćwiartki. Jakie było jej zdziwienie gdy okazało się, że arbuzy w tym sklepie wycenione są jako ogony wieprzowe. Przy kasie postanowiliśmy sprostować pomyłkę. Tym samym sprawiliśmy wielką uciechę całej obsłudze. Ten optymistyczny akcent, nie licząc naszej niemal sześciogodzinnej podróży, zakończył naszą wakacyjną wędrówkę przez zachodnią część Beskidu Niskiego. Było pysznie, ale może czas ponownie wybrać się gdzieś dalej?...
Lipiec 2016
zdjęcia Barsus i Liwia Sus
niedziela, 16 października 2016
Jack Wolfskin plecak Moab Jam 24- film
W tym krótkim filmie chciałem opisać główne cechy plecaka moab jam. Mam nadzieje, że udało mi się osiągnąć zamierzony cel. Mimo kilku niedociągnięć wierzę, że film będzie dla Was przydatny i dobrze pokaże charakterystykę tego produktu. Nie jest to relacja z wrażeń z użytkowania, ani recenzja a raczej dokładne pokazanie wszystkich istotnych elementów. Miłego oglądania.
niedziela, 9 października 2016
Piknik w stylu outdoor
W ostatni weekend tegorocznych wakacji wybraliśmy się do pobliskiej stadniny w Zabajce. Chcieliśmy zakończyć lato miłym dla córki akcentem. Gwoździem programu była przejażdżka konno i oglądanie mini zoo na terenie stadniny. Okazało się, że program zrealizowaliśmy na tyle szybko aby spokojnie móc podjechać nad pobliskie stawy w Lipiu. Miejsce przypadło nam do gustu i postanowiliśmy tam wrócić za tydzień na piknik.
Aby wyjazd był udany w plecaku nie mogło zabraknąć smakołyków, czegoś na obiad i turystycznej garkuchni. Z informacji umieszczonych w okolicy stawów wiedzieliśmy, że są one zarybione. Spreparowaliśmy zatem wędkę z dwóch starych strun gitarowych, kawałka drutu i nakrętki od butelki po wodzie mineralnej zamiast żyłki, haczyka i spławika. Wędzisko chcieliśmy dorobić na miejscu z kija. W plecaku wylądował także tarp i potrzebne do jego rozbicia elementy. Nie był on konieczny, ale dzieciaki uwielbiają wszelkie domki i namioty. Dodatkowo Lipie to dość popularne miejsce i dzięki tarpowi zapewniliśmy sobie nieco prywatności.
Na miejscu spędziliśmy trochę czasu na poszukiwaniu zakątka dla siebie. Gdy już go znaleźliśmy okazało się, że sąsiedzi są państwo z córką w podobnym wieku do naszej. Dzieci jak to dzieci nie potrzebowały jakichś specjalnych pretekstów do zawarcia znajomości i po chwili w najlepsze były zajęte sobą. Ja z żoną rozłożyłem tarp i zaczęliśmy przygotowywać obiad. Uzupełniłem też wędkę o kawałek badyla. Gdy przyszedł czas na posiłek okazało się, że dziewczynki gdzieś zniknęły i nie odpowiadają na nawoływanie. Zrobiło się nieco nerwowo. Rodzice nowej koleżanki Kai szybko zażegnali problem dzwoniąc do swojej córki.
Po chwili rozpoczęliśmy obiad w pełnym składzie. Moje dziewczyny ze smakiem pałaszowały pierogi a ja wcinałem jedną z najlepszych słodyczy jaką jest kiełbasa na gorąco. Posiłek na świeżym powietrzu jest tak wielką przyjemnością, że nie musi być wyszukany aby doskonale smakował.
Później nasze dziecko bez reszty oddało się wędkowaniu w towarzystwie koleżanki.
My natomiast oddaliśmy się słodkiemu lenistwu. Relaks nad spokojną wodą w ciepły dzień, pośród zieleni był wspaniałym dopełnieniem pikniku. Woda niosła głosy ludzi z przeciwnego brzegu a od czasu do czasu wszystko to kontrapunktował plusk skaczących w stawie ryb. Krótko mówiąc sto procent czystej sielanki.
Niestety ani się obejrzeliśmy a już trzeba było się zwijać. Kilka godzin minęło nie wiadomo kiedy. Na całe szczęście na Lipie nie mamy daleko i pewno jeszcze nie raz tam urządzimy sobie piknik. Zwłaszcza, że każde z nas miało wielką frajdę z tak spędzonego popołudnia. Ja z żoną cieszyliśmy się spokojem okolicy, córka z kolei zabawą w wędkowanie, towarzystwem koleżanki i obserwowaniem ryb.
wrzesień 2016
niedziela, 18 września 2016
Chuj z maluchem expedition
Prolog
Rzecz miała miejsce w 2008 r., a konkretnie w długi listopadowy
weekend, którym obdarowała nas ojczyzna z okazji Święta
Niepodległości. Plany były piękne i zakładały pętlę z Wetliny
pasmem granicznym do schroniska pod Małą Rawką. Zaś spod Małej
Rawki do Wetliny przez połoniny kolejno Caryńską i Wetlińską
mieliśmy wrócić do punktu startu. Ech, plany, plany a w efekcie
tak jak w tym powiedzonku: „Miało być tak pięknie a wyszło tak
jak zawsze”. Wylądowaliśmy w Komańczy i zrobiliśmy zupełnie
inną trasę, która z pierwotnym planem miała tyle wspólnego, że
pętlą była i częściowo biegła pasmem granicznym. A poza tym
była... O tym będzie później.
Siedzę nad herbatą w ciepłym schronisku i cieszę się jego
atmosferą. Jest wieczór drugiego dnia naszej wędrówki. I chociaż
tym razem już nie pójdziemy w góry nazajutrz, to nie jest mi żal.
Pójść, to bym poszedł, ale nie żal mi, że wracamy. Teraz jest
przyjemnie i ciepło, jestem czysty, a ludzie, których mam wokół
siebie, są niesamowici. Takiej atmosfery jak tu w schronisku w
Komańczy nie doświadczyłem w żadnym innym tego typu miejscu.
Pełnia wrażeń i nastrojów. A mogło nie być tak różowo.
Wystarczy napomnieć o dniu dzisiejszym, a i wczorajszy nie był
pozbawiony doznań podnoszących ciśnienie. To właściwie czwarte
miejsce, do którego trafiliśmy w poszukiwaniu noclegu. Po drodze
były jakieś ruiny w Starym Łupkowie, lokal Radosne Szwejkowo tamże
i nawet o mały włos nie kimalibyśmy na Końcu Świata. Na
szczęście wizję apokalipsy zażegnaliśmy męską decyzją, a inne
lokale... hmm, nie uprzedzajmy. Co z nimi? - będzie powiedziane w
swoim miejscu i czasie. Opowieść wszak ma swoje prawa i porządek w
niej być musi.
Wypad rozpoczynamy o jakiejś morderczej porze, bodaj o czwartej
rano. Ale nic to, podniecenie nową przygodą w górach jest tak
silne, że niweluje cały dyskomfort związany z krótkim snem.
(Rano) jeszcze tylko szybkie śniadanie, parzenie herbaty do termosu
na później i wybywam z domu.
Z Michałem jesteśmy umówieni tam gdzie zawsze. Ja jak zwykle
jestem kilka minut przed czasem. Jest nieco zimno i odczuwam to mimo
ubranej koszulki termo, softu i przeciwdeszczówki. Po jakiejś
chwili słyszę nadjeżdżającego malucha, a za moment ukazuje mi
się on na oczy. To Michał dziarsko nawija wstęgę szosy na opony
swojego wehikułu. W ten zimny listopadowy przedświt ani ja ani mój
partner nie podejrzewamy, że ów kaszlak będzie jednym z głównych
bohaterów naszego wyjazdu i, że to on będzie podejmował za nas
kluczowe decyzje.
Tutaj jestem winien kilka słów opisu naszego automobilu. Ma on
kolor czerwony więcej niż 1,5 dekady na swoim karku i gdy się
zagrzeje to potrzeba mu 30 min na to, aby mógł ponownie ruszyć w
drogę.
Nasza trasa w Bieszczady wiedzie z Jasła przez nowy Żmigród,
Duklę, Komańczę, Cisną do Wetliny. Pierwsza przerwa techniczna
łapie nas Kawałek za Duklą na drodze biegnącej do przejścia w
Barwinku. Jednak jest ona planowa, mimo, że miejsca gdzie wypada
nikt nie jest wstanie zaplanować. Po ostudzeniu gorącego
temperamentu nasze autko jest gotowe do drogi, w którą niezwłocznie
ruszamy. Drugi pitstop i jak się okaże ostatni w drodze w tą
stronę, łapie nas jakieś 6 km przed Komańczą. Przygotowani na
narowy naszego rumaka grzecznie zjeżdżamy na pobocze i dajemy mu
czas na ostudzenie emocji. Noc tym czasem powoli traci na ciemności.
Po odczekaniu przepisowej liczby minut Michał próbuje ruszyć i
początkowo nawet daje radę. Ale autko zaczyna się buntować. Nie
ciągnie już tak dziarsko na przód i blask w oczach jakoś tak mu
mętnieje i przygasa. Próby reanimacji także nic nie dają. Na
pych fiacik także nie odpala. Całe szczęście do Komańczy jest
już blisko i dajemy radę się do niej jakoś dowlec. Trochę
pchając, a trochę wiosłując.
Wiosłowanie polega na toczeniu się z lekkiej górki z uchylonymi
drzwiami i wystawioną jedną nogą, tą bliższą drzwi. Służy ona
do odpychania się jak na hulajnodze od nawierzchni naszych pięknych
asfaltów. Maluch jak widać nie jedno ma imię i oblicze. Jak sami
dowodzimy zmieniając go w łódź czy jak kto woli w hulajnogę. Aby
nie przeciągać sprawy z maluchem, należy tylko napomnieć, że
zostaje on u mechanika, cudem znalezionego w czas długiego weekendu.
A my? Nie, my nie zostajemy u mechanika. Zarzucamy wory na plecy i
ruszamy dziarsko w nieplanowane ostępy Bieszczadów. Wychodzi na to,
że najlepiej z Komańczy będzie się nam wbić w główny szlak
beskidzki i ruszyć nim w stronę Duszatyna i Chryszczatej. A co
dalej zrobimy? To się zobaczy później.
Ja przemierzam po raz drugi ten odcinek czerwonego szlaku, a Michał
chyba po raz pierwszy. Ostatnio byłem tu cztery lata temu i był to
pierwszy mój samodzielnie organizowany wyjazd w Bieszczady. Teraz
idzie się bardzo przyjemnie i nie trzeba tak jak poprzednio bawić
się w łamigłówki jak tu nie wpaść w błoto do połowy łydki.
Pierwszy odcinek między Komańczą a osadą Duszatyn przebiega dość
monotonnie. Niespiesznie idąc rozprawiamy o rzeczach różnych i
powolutku wbijamy się w rytm marszu. W między czasie pogoda klaruje
się na typową raczej dla września niż listopada. Znaczy się jest
słonecznie i niezbyt gorąco, ale wystarczająco aby w marszu było
ciepło. Po jakimś czasie z lasu wychodzimy na drogę, którą
przyjdzie nam przedeptać parę kilometrów zanim odbijemy na szlak
prowadzący do duszatyńskich jeziorek. Krok za krokiem odmierzamy
stukiem treków kolejne metry drogi. Robi się tak jakoś smętnie.
Monotonia w pewnym momencie sznuruje nam usta i zaczyna być słychać
prócz kroków tylko miarowe oddechy naszej dwójki. Na szczęście
plecaki są lekkie, załadowane tylko niezbędnym minimum żarcia,
ciuchów i śpiworami. Gdyby przyginały nas do ziemi swym ciężarem
stałyby się pewno idee fixe naszych rozmyślań, a tak myśli mogą
ulecieć gdzieś w dal. W pewnym momencie odpływam i rejestruje
tylko rzeczy niezbędne z zewnętrznego świata potrzebne do
sprawnego przemieszczania się.
- A Chuj z maluchem!- Ostre słowa nie pozbawione jednocześnie
pewnej dozy tumiwisizmu wyrywają mnie z umysłowego letargu. Michał
przegryzł się przez balast, który ciążył mu od rana. To męskie
krótkie zdanie jest punktem zwrotnym tego wyjazdu. Wraz z nim
ulatuje coś, co ciążyło nam obu i dzięki temu idzie się nam od
tej pory raźniej. Ponad to panaceum zawarte w tych słowach pomaga
nam poradzić sobie z każdym dylematem tego wyjazdu.
Po jakimś czasie robimy krótki postój przy opuszczonej stacji
kolejki wąskotorowej. Zdaje się, że w sezonie dawniej była tam
jakaś mała jadłodajnia. Wykorzystujemy ją na zmianę garderoby to, co
zbędne odkładamy do plecaków i ruszamy dalej. Niedługo potem
odbijamy na szuter, który przechodzi w ścieżkę szlaku nad
Jeziorka Duszatyńskie. W pewnym momencie zamiast iść za znakami
idziemy za szutrem. Na szczęście szybko orientujemy się w pomyłce,
a po za tym: Chuj z...
Gdy docieramy nad jeziorka jest już koło południa i wypada coś
przekąsić. Znajdujemy jakieś zwalone drzewo. Buty spadają ze
stóp, a z plecaków wyskakują bułki i termosy. Jest przyjemnie.
Mimo, że zaczyna nam robić się nieco chłodno w bezruchu, to
okoliczności przyrody wynagradzają nam z nawiązką ten dyskomfort.
Wreszcie zbieramy manele i ruszamy w stronę Chryszczatej. Po drodze
mijamy tablicę pamiątkową, która jest poświęcona leśnikowi
rozszarpanemu przez niedźwiedzia. Od tej pory zaczynamy brnąć pod
górę i ja zostaje z tyłu coraz bardziej. Jednak zaciskam zęby i
staram się jak najmniej przystawać dla odpoczynku. Człapiąc tak
nieśpiesznie mijamy mogiły, które zdaje się pochodzą z czasu
pierwszej wojny światowej. A na grobach odpoczywa kilku
jegomościów z gpsami i wykrywaczami metalu. Ciekawe, czy to hieny
cmentarne? Czy raczej poszukiwacze fragmentów broni, których groby
w ogóle nie interesują? Pozostawiamy ich samych sobie idąc w swoją stronę. Na szczycie Chryszczatej dokonujemy wyboru
trasy na resztę dnia i ruszamy za czerwonymi znakami, aby po
jakimś czasie odbić w stronę Woli Michowej.
W miejscu gdzie porzucamy szlak i wbijamy się w coś
przypominającego mocno wyeksploatowany asfalt spotykamy turystów
zmierzających do okolicznego kamieniołomu. Jest już dość późno,
przecież mamy już listopad. A jak wynika z mapy to mają oni do
przejścia spory kawałek drogi i to tylko w jedną stronę. A co z
powrotem? Napomykamy im o naszych wątpliwościach. Ale oni zdają
się wiedzieć lepiej czy to ma sens. Właściwie wolna droga, są
dorośli. Jednak to, że nie mają nawet mapy świadczy na ich
niekorzyść i czyni wątpliwym sens podjętej decyzji. I nie chodzi
o to, że to taka trudna trasa, ale o to, że chcą się błąkać w
nieznanym terenie po zmroku. A do niego jeszcze maksymalnie dwie
godziny, które strawią najprawdopodobniej na samo dojście do celu.
Tym czasem my ruszamy do Woli Michowej. Czeka nas spory kawałek
deptania, wspomnianym wyżej asfaltem. Nie jest to najprzyjemniejsza
część tego dnia tym bardziej, że niżej droga zmienia się
momentami w rozjeżdżoną kołami ciężkiego sprzętu masę
lepkiego błocka. W pewnym momencie mijają nas turyści
zmechanizowani. Znaczy się paru rozbijaków na kładach. Pewnie
wypłoszyli wszystkie zwierzęta w promieniu kilku kilometrów. Mimo,
że nie podoba mi się gdy ktoś wdziera się takimi hurkotnikami w
miejsca gdzie hałas jest jak cierń wbity w tyłek, to gdy mam iść
asfaltem chętnie pożyczyłbym od nich taki pojazd. Nic to, marzenia
marzeniami, a iść trzeba dalej. Gdy dochodzimy do celu przechodzimy
obok gospodarstwa, po którym dość swobodnie gania agresywny pies.
W obawie, że gdzieś ma on otwartą furtkę lub przesadzi ogrodzenie
rozpinamy pasy biodrowe, aby w razie konieczności zrzucić plecaki i
dać nogę na lekko.
Na szczęście cali, zdrowi i nieuszczupleni o nasz bagaż docieramy
do latarni wagabundy. Miejsca gdzie zmęczeni wędrówką zażyjemy
ciepłej strawy i kąpieli. Dzięki uprzejmości Pani z bufetu możemy
się nie martwić wczesnym wymarszem. Konkretnie problemem,
niewielkim dodajmy, jest ciepła herbata na następny dzień. Ale
zostaje on rozwiązany przez tą Panią, która pożycza nam czajnik.
Resztę wieczoru spędzamy z gospodarzami i ich gośćmi w świetlicy.
Tamże zostajemy okrzyknięci niedźwiedziami. A to z tej przyczyny,
że gdy wszyscy opatuleni w jakieś dresy trzęsą się z zimna i
złaknieni ciepła łapczywie czekają na chwilę, gdy kominek
podniesie wyczuwalnie temperaturę, my spokojnie paradujemy
w krótkich spodenkach i klapkach. Mimo miłego towarzystwa uznajemy
, że czas na nas. Już to z przyczyny zmęczenia, a już to dlatego,
że przypadkowo, siedząc w świetlicy, wpadamy w środek spotkania
wspominkowego i slajdowiska z podróży do Ziemi Świętej. My
wspominać nie mamy czego, a i nastrój nasz nie jest adekwatny do
takich rozrywek. Udajemy się więc do naszego pokoju. jeszcze małe
conieco złożone z konserw, telefon do żony i idziemy spać.
Pobudka jak zwykle w górach jest raczej wcześniej niż później.
Gdyby nie to, że robi się coraz jaśniej można by mniemać, że to
zmierzch dnia poprzedniego. Latarnie Wagabundy opuszczamy jeszcze,
gdy wszyscy śpią. Po przejściu przez Wolę Michową odbijamy w
stronę szlaku granicznego. Jednak nie dobijemy do niego ścieżką
turystyczną tylko tak jak tygrysy lubią najbardziej, na azymut.
Jesteśmy trochę zaniepokojeni czy poradzimy sobie z poruszaniem się
takim sposobem. Ale mniej więcej po godzinie dochodzimy na pasmo
graniczne i wpadamy na z góry zaplanowany słupek wyznaczający pas
między dwoma krajami. Od tej pory będziemy już maszerowali
szlakiem aż do Starego Łupkowa. Nic prostszego. Nawet gdy będzie
problem ze znakami, to jeszcze mamy ułatwienie w postaci słupków
granicznych. Droga jest przyjemna. Raczy nas widokami zwłaszcza
strony słowackiej. Gdzieniegdzie napotykamy pozostałości
ufortyfikowań w postaci resztek okopów. Niestety pogoda jest gorsza
niż dnia poprzedniego. I mimo, że nie pada, to widoczność
uniemożliwia wykonanie nam zdjęć, które by oddawały urok tej
drogi.
Mimo, że miejsce było naprawdę przyjemne to, opowiadać nie ma
czego, bo ile słów można poświęcić miarowemu tuptaniu? A każdy
wie jak wygląda brnięcie przez mało uczęszczane szlaki: a to
jakieś liście po kolana, a to jakieś tarniny, a czasem śmigłowiec
straży granicznej nad głową. Po prostu chleb powszedni turysty.
Opowieść nabiera rumieńców dopiero w momencie, gdy dotarliśmy do
miejsca, w którym wypadało zejść ze szlaku.
Plan był taki, że idziemy do Starego Łupkowa. Z mapy wynikało, że naszą drogę przetną tory kolejowe, wzdłuż których będziemy od tej pory szli aż do przysiółka. I wszystko szło pięknie, ładnie. Szlak wiódł nas bez przygód, a jak znikał to słupki graniczne były pomocą. Aż dotarliśmy do tego , który wyznaczał nam moment zejścia. Ale zaraz, zaraz gdzie są tory? Jak to nie ma? Przecież na mapie są. I co z tego, tu ich nie ma. To też zaczęliśmy ich szukać. Tak jakby tory można było przeoczyć. W wyniku tych poszukiwań popieprzyły się nam całkiem kierunki. Zacząłem się upierać, że strona gdzie ewidentnie jest Słowacja to Polska. Ale jakoś dajemy radę. Gdzie intuicja zawodzi, tam sprawdza się stary dobry kompas. I po chwili wiemy już wszystko. Schodzimy do jakiegoś siodła między dwoma wzniesieniami i zaczynamy iść według wskazań kompasu. Oj nieprzyjemna to droga. Mówiąc krótko - chaszczowanie. A rozwlekle - przedzieranie się od gęstwiny do gęstwiny. Jedna gorsza od drugiej. Brniemy już tak ładnych parę minut, gdy Michał dostrzega tory u stóp swoich. Oj dobrze, że zobaczył, a nie wpadł na nie, bo od jego stóp do torów jest jakieś 5 m w pionie.
Po chwili rozumiemy już wszystko. Siodło to był dach, a tory szły
tunelem. Drobne przeoczenie, a ile kłopotu i nerwów. Jedyne co nas
usprawiedliwia to, to że trasa była nie planowana. Co za tym idzie
nie zbieraliśmy na jej temat informacji. A to zaowocowało tym, że
tunel był ostatnią rzeczą, której spodziewalibyśmy się w tym
miejscu.
Rzecz jasna nie odmawiamy sobie zwiedzenia tunelu i przechodzimy nim
na stronę słowacką. Dla mnie jest w nim na tyle ciemno, że
wyciągam czołówkę. U sąsiadów Michał jeszcze raz wchodzi na
jego dach. Jeszcze kilka fotek i wracamy do kraju. Marsz kontynuujemy
dalej torami. Nad naszą drogą w pewnym momencie widzimy ruiny
jakiegoś opuszczonego budynku i dochodzimy do wniosku, że
nadawałyby się one na nocleg gdyby nie udało się znaleźć
żadnego innego.
Po dotarciu do zabudowań Starego Łupkowa odnajdujemy Radosne
Szwejkowo. Jest to gospodarstwo, które polecił nam właściciel
Latarni Wagabundy. Jednak mamy pecha. Nie zastajemy właścicieli i
pocałowawszy klamkę odchodzimy w swoją stronę. Na mapie Michał
znajduje miejscówkę o ostatecznie brzmiącej nazwie - Koniec
Świata. Ustalamy, że to tam teraz się udamy.
Droga nie nastręcza żadnych trudności. Ale nic dziwnego, jest
płaska a biegnie ona szutrem. Gdy docieramy do kolejnego przystanku
na mapie naszych poszukiwań noclegu okazuje się, że bacówka z
zewnątrz jest całkiem sympatyczna. Jednak w środku zmartwieni
brakiem bieżącej wody i tym, że rezydenci grożą nam
koniecznością gry na gitarze, rezygnujemy z noclegu w tym miejscu
i ruszamy do Komańczy. Nasi nowi znajomi patrzą na nas nieco
dziwnie. Chyba jak na idiotów. A tony ich głosów nie pozostawiają
w tym względzie żadnych wątpliwości i to co maskuje wyraz twarzy
wyłazi przy każdym słowie.
Jak teraz o tym myślę to wybrzydzaliśmy, oj wybrzydzaliśmy. Nieprzymierzając jak francuskie pieski. Zważywszy na to, od jakiej miejscówki zaczynaliśmy planowanie noclegu na ten dzień.
Jak teraz o tym myślę to wybrzydzaliśmy, oj wybrzydzaliśmy. Nieprzymierzając jak francuskie pieski. Zważywszy na to, od jakiej miejscówki zaczynaliśmy planowanie noclegu na ten dzień.
Ale jak to mówią: raz tylko matka rodziła. Nie ma co dywagować, trzeba ruszać. Robi się już coraz ciemniej a przed nami kawał drogi. Z każdym krokiem dzień traci na jasności i temperatura spada odczuwalnie. Na grzbietach lądują texy. Dobrze, że droga w dalszym ciągu jest wyraźna. Co jakiś czas mijają nas samochody jadące w obie strony. Niestety kierowcy tych jadących nam zza pleców są nieczuli na nasze machanie. W ten sposób mijamy zakład karny i Nowy Łupków dochodząc wreszcie do drogi między Wolą Michową a Komańczą. Tutaj z początku także nie jest wesoło. Liczymy, że ktoś się wreszcie zatrzyma. Jednak jak na złość kolejne samochody mijają nas nawet nie zwalniając. Jesteśmy padnięci, jest ciemno i droga na piechty coraz mniej różowo się nam jawi. Wreszcie ktoś lituje się nad nami i zjeżdża na pobocze. Jak to mówią na rodzinę zawsze można liczyć. Szybko ładujemy się na tylne siedzenie land rowera i nie przeczuwamy tego, co zaraz się okaże.
Tak szybko jak wsiadamy, tak i rusza auto naszych dobroczyńców.
Zaczynamy konwersować o tym skąd idziemy, Michał, który marzy o
tego typu samochodzie, dopytuje jak taki się sprawdza. W
międzyczasie zahaczamy o wykorzystanie gps w jeździe samochodem.
Wreszcie zostajemy zapytani skąd jesteśmy. Ja mówię, że mieszkam
w Krakowie a pochodzę z Rzeszowa, a Michał zaś od słowa do słowa
z kierowcą dochodzą do wniosku o łączącym ich pokrewieństwie.
Więzy krwi to z tych piąta woda po kisielu, ale rodzina jest
rodzina. Chyba fortuna czuwała nad nami tego dnia. Niestety do celu
docieramy szybciej niż byśmy chcieli i z familią kolegi trzeba się
pożegnać. Teraz jeszcze tylko parę kroków i będziemy w
schronisku. Ale co to? Podjeżdża do nas furgonetka. Jak trzeba było
to prawie nikt się nie chciał zatrzymać, a teraz już nie
potrzebujemy. Jak się okazuje za chwil kilka, dobrze, że już nie
potrzebowaliśmy. Boczne drzwi pojazdu odsunęły się z rozmachem i
hukiem. A jakiś mocno nietrzeźwy jegomość zaproponował nam
podwózkę. Stwierdził jednocześnie, że jest ich w środku już
czternaścioro, ale jeszcze dwóch kolesi z tobołami nie robi
różnicy i on się nie lęka o pojemność wana. Grzecznie wymawiamy
się z jazdy i ruszamy w swoją stronę.
Oprócz ciepła wita nas w schronisku przyjemna atmosfera, którą
rostaczają gospodarze. Jest też wszystko, czego pragnęliśmy na
zakończenie tego dnia: prysznic, czyste łóżka i ciepłe jedzenie.
A nagrodą za trudy w dotarciu tu jest absolutnie gratisowa szarlotka
z posypką i ciastka, takie z cukrem na wierzchu.
Siedzę teraz tu i delektuje się tym wszystkim. Zmęczenie daje znać
o sobie i podejmujemy z Wujkiem męską decyzje o udaniu się na
spoczynek. Aż dziw, że nie od razu walimy w kime, tylko jeszcze się
nam zbiera na snucie historii.
Epilog
Dzień trzeci to już powrót do Jasła naszym narowistym maluchem.
Bogu, dzięki, że nie trzeba było wiosłować ani pchać
piekielnika. Ale nie obyło się bez postojów na schłodzenie. Co
więcej, aby oszczędzać akumulator musieliśmy łamać przepisy,
zwłaszcza jadąc z góry na dół. Momentami było to nieco
straszne, zwłaszcza gdy mocniej zawiało z boku, a fiacik zaczynał
myszkować po drodze. Aaaa, zapomniałbym, o najważniejszym! Pewnie
zachodzicie w głowę, co mu było? Szlag trafił alternator.
A chuj z maluchem! :D
Tekst pierwotnie opublikowałem na outdoor.org.pl kilka lat temu.
Zdjęcia M. N.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


