Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.

piątek, 21 czerwca 2019

Góry Czerchowskie


Czasami wystarczy niewiele. Ot krótka wzmianka, względnie podesłany mailem link. Rodzi się chemia. Zawartość jest tak inspirująca, że wszystkie wcześniejsze plany biorą w łeb i zostają odłożone na półkę z napisem później. W tym przypadku na tej półce wylądowały Niżne Tatry, Magura Spiska i Ukraina. Pim po zakończonym sezonie zimowym podrzucił mi na skrzynkę link do bloga z opisem chaty pod górą Cergov. I się zaczęło. Potem sam znalazłem kilka relacji, a i Michał nie zasypiał gruszek w popiele, dokładając kolejne strony na temat pasma na Słowacji... W końcu zdecydowaliśmy, że wiosną ruszamy w Góry Czerchowskie...




Pierwszy dzień - piątek - poświęciliśmy w dużej części na dojazd. Obfitował on w liczne przesiadki. Najzabawniejsza była ta w Tarnowie. Znaczy z racji poślizgu Kolei Małopolskich czekaliśmy na opóźniony przyspieszony pociąg do stacji Krynica, po prostu biały murzyn. Koniec końców z Góry Parkowej na szlak ruszyliśmy koło południa. Sprawnie zeszliśmy do Powroźnika, gdzie zrobiliśmy sobie popas pod sklepem. Kolejny na naszej trasie masyw Dubnego, także nie przysporzył nam większych problemów i z jego wschodnich stoków zeszliśmy na słowacką stronę do miejscowości Lenartov. Tam mieliśmy zaplanowany obiad w zajeździe. Później to już sprawny marsz doliną rzeki i poszukiwanie sensownego miejsca na biwak.




Mimo późnego startu udało się nam przejść blisko 26 km. Wszystko dzięki temu, że szlaki, którymi wędrowaliśmy były wygodne i brakowało na nich przeszkód mogących obniżać tempo. Pogoda mimo drobnej mżawki była także dla nas łaskawa. Temperatura znośna, a chmury, które często zaciągały niebo, chroniły przed słonecznym żarem. Dodatkową osłonę stanowiło to, że oba masywy są w większości lesiste. Co prawda brak przez to na nich jakichś spektakularnych widoków, ale gdy robi się upalnie ich cieniste ostępy są nie do przecenienia.


Na szlakach tego dnia spotkaliśmy ledwo jednego turystę. Było to na zejściu do powroźnika. Po słowackiej stronie minęliśmy kilku tubylców, którzy zagadywali nas przyjaźnie. Natomiast po obiedzie w dolinie rzeki towarzyszyły nam dłuższą chwilę romskie dzieci, dla których dwóch obcych z plecakami było czymś niezwykłym w szarej codzienności przygranicznej wioski. Dzieci jak to dzieci próbowały nas zagadywać zupełnie nie zważając  na to, że żaden z nas nie władał ich językiem. Podpytywały nas czy znamy ludzi z Krynicy, którzy prowadzą w ich wsi obwoźny handel. Tak jakby wszyscy Polacy z racji na swoją narodowość musieli się znać. A wreszcie próbowały nas naciągnąć na słodycze i pieniądze.
Gdy wreszcie rozłożyliśmy namiot było już ciemno. Czynności obozowe dzięki obiadowi w zajeździe mieliśmy zredukowane do minimum. Wystarczyło tylko rozłożyć maty, śpiwory i przebrać się w ciuchy do spania. Dystans i nieprzespana noc sprawiły, że sen zmorzył nas błyskawicznie i trzymał w swych objęciach bite dziesięć godzin... Nie wadziło nam nawet to, że pod namiot wybraliśmy miejsce pełne kolein po ciężkim sprzęcie do zwózki drewna.

pierwszy biwak fot. Pim

O poranku, po tak dobrze przespanej nocy byliśmy pełni optymizmu co do dalszego przebiegu naszej marszruty. Od razu zaczęliśmy nabierać wysokości. W planie mieliśmy przejście dwóch grzbietów oddzielonych od siebie głęboką doliną wsi Livov. Jednak pogoda i stan szlaku na pierwszym z nich (Sedlo Hajduska, Palenica, Jasenov i Cekosov)szybko zweryfikowały nasze zamiary. Ta pierwsza dała nam się we znaki dużo większym gorącem niż dnia poprzedniego. Nie mogliśmy także liczyć specjalnie na jakąś ulgę ze strony chmur czy ewentualnych długich leśnych odcinków. W większości szliśmy polanami przeciętymi tylko przez niewielkie zagajniki. Słońce parzyło od góry, a ciepłe powietrze unoszące się z traw potęgowało uczucie żaru. Szlak był rzadko chodzony co wymuszało zwiększoną uwagę. Znaki, które nas wiodły nie były tak częste jak w naszych górach. Ścieżkę dodatkowo przegradzały liczne wiatrołomy i to nie pojedyncze. Kupy zwalonych gałęzi i drzew wyglądały tak jakby gromadziły się w niektórych miejscach latami. Te barykady zmuszały nas do ciągłego kluczenia co pozbawiało nas wielu sił i zabierało niepotrzebnie czas. Jedynym pocieszeniem i nagrodą za ten wysiłek była malowniczość grzbietu i piękne panoramy otwierające się raz po raz na jego obie strony.


To sem ja fot. Pim


 Gdy zeszliśmy do Livova wiedzieliśmy, że kolejną wspinaczkę musimy sobie odpuścić tego dnia i trzeba ruszyć wariantem alternatywnym, który Pim przygotował zawczasu. Ponownie ruszyliśmy długą doliną strumienia, w której droga łagodnie wznosiła się ku Sedlu Priehyby. Po jakimś czasie gdy opuściliśmy wieś zaczęliśmy rozglądać się za dobrym miejscem na biwak. Musiało ono spełnić przynajmniej dwa warunki. powinno być w miarę płasko i potrzebny był wygodny dostęp do wody. Początkowo nie było łatwo o dogodne miejsce, jednak nasze poszukiwania i cierpliwość zostały nagrodzone z nawiązką. Gdy wreszcie stanął nasz namiot można było pomyśleć o kolacji, kąpieli i przepierce przepoconych ubrań, a wszystko to w leniwym, niespiesznym rytmie. W odróżnieniu od pierwszego wieczoru mieliśmy czas na rozprostowanie kości, rozmowy i nawet taki luksus jak kawa z ciastkiem poprzedzająca udanie się na spoczynek. Jednak w tę sielankę brutalnie wdarła się burza zaganiając nas do namiotu. Deszcz nie był długi ale za to intensywny i dokumentnie zmoczył nam odciśnięte i przeschnięte z lekka pranie.


biwak 2 fot. Pim

 Niedzielny poranek ponownie przywitał nas pogodnym niebem. Jednak potencjalne gorąco łagodziły wyraźne podmuchy raz po raz docierające w dolinę, którą szliśmy w stronę grzbietu. Malowniczo obwieszeni dosychającym praniem nabieraliśmy sprawnie wysokości wygodną drogą. Na grzbiecie przywitał nas jeszcze wyraźniejszy ruch powietrza, który zapowiadał całkiem przyjemne warunki do marszu. Ten odcinek wiódł głównym grzbietem Gór Czerchowskich, nic też dziwnego, że zaczęliśmy spotykać turystów. Początkowo byli to rowerzyści, ale w okolicy Wielkiego Mincola pojawili się i wędrowcy. Ten grzbiet oferował iście pięciogwiazdkowe warunki do marszu. Szeroka droga, solidnie wydeptana i przejeżdżona, praktycznie nie wymagała wysiłku przy nawigacji. Nie była też specjalnie zawalona drzewami. To znaczy parę barykad przydarzyło się nam, ale w porównaniu do soboty to tak jakby ich wcale nie było. Nasza wędrówka nabrała prędkości. Co prawda nigdzie się nam nie spieszyło, jednak nogi same narzucały tempo i niosły nas śmiało w przód. Znowu przecinaliśmy zagajniki i rozległe łąki czerpiąc wielką przyjemność z płynności naszych ruchów i karmiąc oczy krajobrazem. Rzecz ciekawa tego dnia jak i poprzedniego nie dawał mi spokoju zapach kwitnących kasztanowców. Dziwne, przecież ani okolica, ani pora roku nie były właściwe dla nich. Co więcej nigdzie nie było widać kwitnących drzew. Ot zagadka botaniczna.




fot. Pim


fot. Pim
Pod szczytem Wielkiego Mincola zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Nauczeni poprzednimi dniami wiedzieliśmy że solidny posiłek w środku dnia korzystnie przełoży się na nasze tempo. Mimo okolicy sprzyjającej temu nasze lenistwo nie mogło trwać wiecznie. Po jakichś dwóch godzinach ruszyliśmy w dalszą drogę. Ponownie ścieżka nie nastręczała nam większych trudności. Żeby być precyzyjnym stan ten utrzymywał się do Małego Mincola i kawałek za nim. Później zaczęło się dokładnie to samo, czego doświadczyliśmy w sobotę. To znaczy na naszej drodze pojawiły się wiatrołomy i kiepsko oznakowany szlak. Sytuacja pogorszyła się jeszcze , gdy skręciliśmy z czerwonego na niebieski. Naszą frustracje łagodziło tylko to, że droga była niezwykle ciekawie poprowadzona. Często wiodła niewielkimi grzbietami ukrytymi w lesie. Dokładnie były to małe kamienisto-skalne grzędy przypominające te z Pienin lub Piotrusia w Beskidzie Niskim.
 

fot. Pim

fot. Pim



Gdy dotarliśmy na miejsce biwaku okazało się, że jest ono takie jakie byśmy chcieli. Płaskiego terenu nie brakuje, a i dostęp do wody jest bardzo komfortowy. Jedyną trudność stanowiły bardzo wysokie trawy, które musiałem ścinać nożem w rozstawionym namiocie. O dziwo ścięta trawa nie zwiększyła kondensacji na tropiku. Stanowiła tylko dodatkową warstwę amortyzującą nasze materace. Rozpoczęła się przyjemna obozowa rutyna. wszystko było ładnie i przyjemnie do momentu gdy uaktywniły się krwiożercze komary. Liczyliśmy na nieco pomocy ze strony ewentualnego wiatru. jednak jak na złość poza kilkoma niewielkimi podmuchami powietrze stało jak słup z betonu.



fot. Pim

Poranek przywitał nas parującymi rosami, które otulały mgłą pobliskie wzgórza. Gdy słońce wychynęło ponad grzbiety, mgły z każdą chwilą były coraz bardziej eteryczne, aż wreszcie uległy przeważającym siłom żaru. Nasza droga na mapie zdawała się być lekka, łatwa i przyjemna. Jednak pierwszy odcinek do granicy w Leluchowie zasiał w nas wątpliwość czy aby na pewno będzie tak miło. Podejście na grzbiet Dubnego tylko potwierdziło te obawy. Szybko stało się nieprzyjemnie strome. Nic nie pomagało, jego pionowość w połączeniu z upałem zmuszały nas do iście nadludzkiego wysiłku. Gdy wreszcie wspięliśmy się na grzbiet czekała na nas wspaniała nagroda. Ponad nim ruch powietrza dawał zbawienną ochłodę. Od tej pory aż do samej Muszyny poruszaliśmy się osłonięci cieniem lasu. W tak gorący dzień jak tamten poniedziałek żadne krajobrazy nie były w stanie przebić ulgi jaką dawał baldachim z leśnych koron. Gdy wreszcie zawitaliśmy do miasteczka odczuliśmy, jak wielką pomocą dla nas były leśne ostępy. Na asfaltowych uliczkach było jak na patelni, a słoneczny blask odbity od jasnoszarych elewacji i chodników boleśnie raził oczy. I w tym przypadku nie jest to  koloryzowanie na użytek opowieści. Dosłownie czułem ból patrząc na lśniące kamienne płaszczyzny...



w masywie Dubnego fot. Pim

Góry Czerchowskie spełniły moje oczekiwania z nawiązką. Było tam właściwie wszystko czego potrzebuję. Gdybym miał je scharakteryzować to powiedziałbym, że łączą one cechy kilku naszych beskidzkich pasm. Znaleźliśmy w nich odcinki podobne do leśnych ostępów Beskidu Niskiego, piękne ścieżki na grzbietach takie jak w Małych Pieninach i szerokie, pełne kurzu drogi kojarzące się z Gorcami. Ale największą zaletą słowackiego pasma była pustka - coś o co coraz ciężej w naszych górach...

Czerwiec 2019  r.

16 komentarzy:

  1. Wspaniałe pasmo, nigdy o nim nie słyszałam, dzięki za relację. Dużo lasu i bardzo zielono, pusto, fajnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Główne podziękowania należą się Pimowi. To on podesłał mi wspomniany link i to dzięki niemu doszła do skutku ta eskapada.
      Góry faktycznie są bardzo zielone. Lasu jest sporo. Jednak w rozsądnych ilościach na pewno tyle że nie zdąży się znudzić i obrzydnąć..

      Usuń
  2. Co się odwlecze to nie uciecze... ile to lat temu mieliśmy zahaczyć o to pasmo? Czytając relację jeszcze bardziej żałuję że nie mogłem do Was dołączyć. M. N

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się wybierałem 20 lat. Mniej więcej tyle minęło od relacji znajomych, która pozostała w mi pamięci. Masyw Dubnego odwiedziałem ostatni raz 15 lat temu. Czas leci...

      Usuń
    2. Mikronie,
      minęło sześć lat. Nie wiedziałem, że wtedy ominęły nas tak wspaniałe góry. Gdybym to wiedział to przez te sześć lat musiałbym się zmagać z poczuciem żalu. :) A tak czego oczy nie widziały tego sercu żal nie było.
      A po czasie oceniam twój pomysł z 2013 r., żeby zwieńczyć turę po Słowacji wejściem na Mincol, jako najwyższej próby.

      Usuń
    3. PS
      Szkoda, że nie pojechałeś z nami.

      Usuń
  3. Bartek użył niezwykle eleganckiej i geograficznie słusznej nazwy pasma. W świadomości zbiorowej funkcjonuje częściej jako Masyw Cergowa. My w ramach tury ominęliśmy sam Cergow. Jest on bardziej na południe od planowanej trasy. By na niego wejść potrzebowalibyśmy jeszcze jednego dnia. Po polskiej stronie jest Masyw Dubnego z "konkretnym" podejściem z Leluchowa. Nanizanie ich na jedną pętlę pozwala na turę w oparciu o komunikację w dolinie Popradu. Samochód może zostać w domu, komunikacja publiczna wystarczy. Dwa fajne puste masywy. Po stronie słowackiej, trzeba lubić nawigować. Znaki co 50 max 100m jak na niektórych odcinkach GSP tu nie występują. Jak szlak leci grzbietem to znaki bywają i co 500 i więcej metrów. W końcu "grzbiet to grzbiet" i po co marnować farby. Udała nam się tura. Jako dodatek miałem cztery kleszcze....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pimie,
      Nazwa Góry Czerchowskie jest de facto pochodną nazwy Čergov . I jest jak najbardziej zgodna z gramatyką Słowackiego. Znaczy tyle co masyw Cergowa właśnie. Szybko sprawdziłem jak czytać pisownie oryginalną. Wychodzi, że to jest: Czergoł.
      A podejście na dubne to było coś. Dało nam łupnia, co nie?
      Poza pierwszym to trafiły się nam świetne miejsca biwakowe.
      Coś z czym jeszcze będę kojarzył te góry to długie doliny z wartkimi potokami. Dzięki temu można było wygodnie biwakować i ogólnie nie martwić się o zapasy wody.

      Usuń
    2. Po powrocie do domu, oddałem cześć Ptasiemu Radiu, że zrobiła że mną to podejście 15 lat temu. Musiała ją napędzać miłość (bo do gór po za wyrypami narciarskimi ma stosunek obojętny). Miłość dobija 20 lat...

      Usuń
    3. Winszuję dwóch dekad.

      Usuń
    4. PS
      A, że nie weszliśmy na Cergow to nie szkodzi. Będzie dobry powód, żeby wrócić w przyszłości... :)

      Usuń
  4. Bartek, Pim... ja rozumiem, że są to męskie wyprawy, aaale jak tak sobie poczytuję czasem relacje to trochę jednak zazdroszczę i... no nie omieszkam się kiedyś grzecznie wprosić na którąś wędrówkę :)
    Pozdrawiam ciepło,
    L.S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śliwko, Śliwku, Śliweczku nie widzę przeszkód, wręcz przeciwnie - nie mam nic naprzeciwko.
      Zaszyłaś się na tych Ziemiach Odzyskanych i to nam utrudnia wspólne eskapady.
      Ściskam mocno razem z moimi paniami!

      Usuń
  5. Nie jesteśmy hermetycznym teamem.....
    Zresztą w tym rozdaniu miał brać udział Mikron, tylko praca go zablokowała.

    OdpowiedzUsuń
  6. Miło mi to czytać :) Mam więc nadzieję, że niebawem nadarzy się dobra okazja do wspólnego wyjazdu!

    OdpowiedzUsuń