Nie zgadzam się na kopiowanie treści i zdjęć w całości i/lub we fragmentach, jak i na komercyjne używanie całości bądź fragmentów strony.

niedziela, 3 kwietnia 2022

Taka pustka jaki Simpson


Kolejka do wymazu, a później oczekiwanie na wynik. Ankieta na wejściu i wizyta w biurze przyjęć. Dalej szatnia, Ekg, spacer długimi korytarzami szpitala, papierologia na oddziale i można zająć wreszcie łóżko. Miła pielęgniarka zakuwa mnie wenflonem i zostawia komplet jednorazowej bielizny zabiegowej. Po chwili przychodzi druga pigułka z kroplówką. To elektrolity. Zostaje sam. Mogę wykorzystać czas do zabiegu na drobną drzemkę. Po chwili faktycznie odpływam w rojenia...

środa, 23 marca 2022

Enklawa

Siedzimy w aucie, którego szyby błyskawicznie pokrywają się śniegiem. Ania usunęła go na darmo, bo przed odjazdem trzeba będzie ponownie się wysilić. Ta śnieżyca to zwrot akcji o 180  stopni względem dzisiejszego dnia...

 


czwartek, 11 listopada 2021

Paralela


W tym roku wakacje wyglądają dość specyficznie. Nigdy bym nie przypuszczał, że przerzucę się na rower w takim stopniu. Uskuteczniam od jakiegoś czasu krótsze bądź dłuższe wypady w kierunku Pogórza Strzyżowskiego. Rower okazał się być doskonałym sposobem na wykorzystanie kilku godzin, na które mogę sobie pozwolić raz na jakiś czas. Jest szybko, jest sprawnie, nie marnuje czasu na zbędne dojazdy.

Jestem częstym gościem w okolicy Rezerwatu Wielki Las. Główna droga doskonała na wędrówkę, wspaniała na biegówki, okazuje się także świetna na rower. Gdy jadę pomiędzy ścianami lasu i mijam kolejne odbicia dróg, coś mnie chwyta  za duszę. Wielka pokusa, żeby pomyszkować po tych wszystkich drogach. Pokusa jest olbrzymia, ale nie mogę jej ulec. Warunkiem sprawnego pojawienia się w domu jest nie zmienianie pierwotnych planów. Te poboczne wątki przypominają mi jednak mojego syna i poranne zabawy z nim. Gdy Piotruś jeszcze pełzał często widywałem taki obrazek. Na horyzoncie zabawka, która stała się powodem do tego, aby się przemieszczać. Jak to bywa, po drodze także było wiele interesujących obiektów. Często kończyło się porzuceniem pierwotnego celu na rzecz pobocznych ciekawostek.

To zupełnie tak jak w życiu. I to nie tylko w tym codziennym, ale i tym turystycznym. Gdzie są te Ukrainy, Norwegię, i Ameryki. gdzie podziały się te ambitne plany wyjazdów na Alaskę, do Patagonii, na Hardangervidda czy w Sajany. Z biegiem czasu gdzieś przestawały rozpalać umysł, a ja realizowałem się w tym co pod bokiem. Nie umiem dziś powiedzieć czy to dobrze, czy źle. Uderza mnie przede wszystkim to, że mimo upływu lat i dojrzewania często nie jesteśmy daleko od tego gdzie byliśmy jako ledwo pełzające szkraby...

 


Listopad 2021  r.

niedziela, 14 marca 2021

Dwie strony tej samej monety


 

Jedziemy razem z M i C na biegówki.  Naszym celem jest las rozciągający się między Czudcem a Wolą Zgłobieńską. To mój nowy wynalazek. Niedawno zastanawiałem się, jak to miejsce sprawdzi się na narty. Gdy parkujemy samochód pod szlabanem, termometr wskazuje jakieś -10 stopni. Jednak kompletnie tego nie czuć. Słoneczny poranek i suche powietrze odpowiadają za taki stan rzeczy.

poniedziałek, 22 lutego 2021

Lekcja


Po fakcie stwierdzam, że to był dziwny wyjazd. Myślę tak dlatego, że ciężko mi wpasować go w jakiś schemat czy słowną klamrę. Z drugiej strony zawszę z respektem podchodzę do tego, co może mnie spotkać na szlaku ze strony pogody i własnego organizmu. Pogoda, wiadomo, nie jest do końca przewidywalna, a organizm zawsze może spłatać niespodziewanego figla. Zresztą parę razy w życiu zdarzyło mi się opaść z sił zimą w górach i dlatego staram się dbać o kondycję. Ale po raz pierwszy w jakimś sensie zawiódł mnie sprzęt. Po głowie kołaczą się mi jakieś frazy o igłach szronu na moim tygodniowym zaroście, facecje o tym jak najadłem się śniegu podczas paru upadków i jak mnie zaskoczył strumień ciurkający w najlepsze pod śniegiem przy około dziesięciostopniowym mrozie. Jednak na to, co działo się podczas wycieczki i to jak ona wyglądała największy wpływ miała zawodność sprzętu i jego słabe przygotowanie przed wyrypą...

sobota, 6 lutego 2021

Dziura w czasie



 Wracam na autobus. Krok za krokiem, ślizg za ślizgiem, jestem coraz bliżej celu. Czuję przyjemny rytm własnych ruchów. Intensywne słońce sprawia, że pomimo mrozu nie jest mi zimno. Na tę przyjemność całkiem sporo się napracowałem. Chodzi o to, że wracam po własnym śladzie. Założenie go kosztowało mnie wiele wysiłku. Praktycznie cała droga w pierwszą stronę wiodła pod górę, a i konsystencja śniegu nie ułatwiała sprawy. W dodatku niezbyt mądrze najmocniejsze wzniesienia zamiast zakosami atakowałem na wprost. Efektem jest poczucie wypompowania.

Krok ślizg, krok ślizg. Rytm ruchu narciarskiego przenosi mnie 25 lat wstecz. Zima tamtego roku jest dla mnie czymś zupełnie wyjątkowym. Regularne -25 w dzień i -35 nocą, śnieg łamiący gałęzie drzew w połowie listopada i bite cztery miesiące zimy niemal do końca marca. Te wspomnienia to też flesze obrazów: zamarznięte truchło psa, blade styczniowe słońce oglądane z czwartego piętra naszego mieszkania i wielkie hałdy śniegu w pierwszy dzień wiosny wesoło zalegające na trawnikach i niewyglądające, żeby miały w ogóle stopnieć. Nieodśnieżone chodniki stopniowo pokrywały się warstwą sprasowanego miksu śniegu, soli i piasku. Stopniowo też wygładzane podeszwami przechodniów nabierały razem nieco śliskości. Nie na tyle, żeby marsz po tym był niebezpieczny ale na tyle, żeby zdeterminowany dzieciak mógł przejechać pół metra. Dwa kroki ślizg, jeden dwa ślizg, jeden dwa ślizg - mimo, że rytm jest inny to ten narciarski zlewa mi się z tym dwunastolatka idącego na ósmą do szkoły...

 


 Mam jeszcze na tyle czasu, żeby pozjeżdżać z wypatrzonej wcześniej górki. Samo w sobie takie gnanie w dół na deskach jest przyjemne. pozwala także poćwiczyć trochę elementów technicznych jak hamowanie i zakręcanie. Niestety zakręt telemarkiem nijak nie chce wyjść. O ile przyklęk jestem jeszcze w stanie wykonać, o tyle te cholerne deski nie chcą zmienić kierunku w jakim się poruszam. Walcząc z nimi kilka razy zaliczam glebę i w naszej walce to narty są górą dosłownie i w przenośni. Zupełnie jakby chciały mi pokazać, że to one wiedzą lepiej gdzie powinienem jechać...

Wypinając narty myślę sobie, że zima niesamowicie zmienia oblicze różnych miejsc. Ostatnio, gdy tędy szedłem frustrowałem się na zalegające błoto i perspektywę czyszczenia butów po powrocie. Teraz masy śniegu sprawiają, że momentami okolica wygląda jak antarktyczny płaskowyż, a przejście przez zwykłe pofałdowane pola staje się małym wyzwaniem...

 


Styczeń 2021 r.

niedziela, 24 stycznia 2021

O tempora! O mores!


Zima przyszła i poszła z Rzeszowa. Uderzyła jednak w tak wysokie C, że pozwoliła odrobinę skorzystać ze śnieżnych warunków. Efektem czego były dwa mini wypady na narty i czternastokilometrowa wędrówka popołudniem po skończonej pracy. Zaczęliśmy się też powoli wraz z Mikronem dogadywać na narty w B. Niskim lub Bieszczadach.

Wreszcie gdy ustaliliśmy wypad i miejsce przyszła odwilż. Była ona niemal tak błyskawiczna jak blitzkrieg. Jednak nauczeni doświadczeniem lat ubiegłych nie przejęliśmy się tym. Gdy na nizinach zima wyczyniała różne harce w B. Niskim a tym bardziej w Bieszczadach trzymała się twardo. Dodatkowo w weekend poprzedzający odwilż Mikron był na Magurze Wątkowskiej i zastał tam taką obfitość śniegu, że niemożliwym było wytopienie tych nieprzebranych mas. Dla pewności zdecydowaliśmy się na enklawę zimna w Niskim, a konkretnie ruszyliśmy do Ciechani.

Lekki niepokój towarzyszył nam przez całą drogę do Nowego Żmigrodu. Tu także nie było prawie wcale śladów śniegu. Za miasteczkiem niestety sprawa miała się podobnie. Niepokój wzrastał, ale w zeszłym roku było podobnie. W Ciechani mimo wszystko była zima jak się patrzy. Jednak za Krempną nasze nadzieje na fajną turę zaczęły topnieć jak parę dni wcześniej śnieg w Rzeszowie. W lasach było widać śnieżno-błotny melanż, na polach i łąkach zaś wielkie połacie stojącej wody. To wszystko przypominało jakiś zły sen. Od zwałów białego puchu i  minus dwudziestu stopni do szaro-burych traw i smętnych resztek firnu w lasach w trzy dni? Ręce opadają i nawet nie ma siły, żeby uwiecznić taki stan rzeczy fotografią...


styczeń 2021 r.

niedziela, 10 stycznia 2021

Jak zawsze B. Niski błotnisty i śliski



 Jestem w domu. Niedawno wróciliśmy z Anią z okolic Dukli. Niewielka pętla okazała się dość wymagająca ze względu na warunki. Zwykle dzielimy się z Pimem wrażeniami z odbywanych osobno wypadów i tym razem postępuje podobnie. Piszę krótki mail, który szkicuje przeżycia z kilku ostatnich godzin:

"Gdy wyjeżdżaliśmy z Rzeszowa pogoda była taka jak w Warszawie i tak można ją opisać, jak ty to zrobiłeś. Natomiast, gdy przyjechaliśmy w okolice Lubatowej, to tam niesamowicie wiało. Można powiedzieć, że pogoda była taka, gdy górale piją na umór. Na podejściu na Cergową wiatr..."

niedziela, 3 stycznia 2021

Wielki Las


W Czudcu jestem chwilę przed ósmą. Jest zimno, wilgotno i mgliście. Drogę miejscami pokrywa szron, a miejscami śliska warstwa ściętej wilgoci. Na ulicach jak to w niedziele bladym świtem nie ma prawie nikogo. Gdy przecinam drogę wojewódzką zaczynam piąć się pod górę. Jednocześnie powoli przebija się słońce, które o dziwo nawet lekko grzeje.

sobota, 5 grudnia 2020

Psikus czyli o adekwatności wiersza


Parę ładnych lat temu popełniłem piosenkę jako całość. Znaczy ułożyłem słowa do wymyślonej przez siebie muzyki. Trochę pod wpływem osobistych refleksji, ale i także w porywie twórczym wyszło z tego nieco więcej niż własne doświadczenia. Nie była to pierwsza z moich piosenek. Przez lata zebrało się ich parę. Czasami, gdy wracałem do nich myślami miałem wrażenie, że są one czymś w rodzaju zapisu przeczucia, które z czasem wypełnia się w moim życiu. Dziś już tak nie myślę, bo zbyt często słowa nie korelują z rzeczywistością. Ale jeden z tych tekstów jest swoistą antyklamrą do paru moich przygód...

 

sobota, 28 listopada 2020

Deuter Nomi


Nieco ponad półtora roku  temu otrzymałem prezent od żony. Plecak Deutera o niewielkiej pojemności miał mi służyć na co dzień. Podarek zbiegł się z dokonaniem żywota przez moją znoszoną torbę Vaude. Faktycznie od tego czasu Nomi towarzyszy mi w drodze do pracy czy codziennych zakupach. Parę razy miałem go także na leśnych wycieczkach i wypadach rowerowych.

sobota, 21 listopada 2020

Spotkanie nad Sanem

archiwum Leśnej


Nisko wita mnie chłodem i mgłą. Trochę mi żal, kolejowy skład był taki przytulny. Wysyłam SMS'y, jeszcze ostatnie poprawki w plecaku i w drogę. Cel na najbliższe pół godziny to dotrzeć na ul. Kościuszki, w miejsce gdzie wchodzi na nią żółty szlak - Szlak Dolnego Sanu. Jestem tam umówiony z Leśną Duszą i... No właśnie jej towarzystwo jest dla mnie zagadką. Wiem, że ktoś jest z nią. Jednak nie wiem kto...


środa, 7 października 2020

Perspektywa


- Tyle razy tu byłem, a nigdy nie zauważyłem tego...

Dumając nad treścią tego posta jak refren powracały do mnie słowa Mikrona z przeszłości. Wraz z żoną swego czasu bardzo dużo jeździli rowerami po Beskidzie Niskim. We trójkę także sporo po tych terenach wędrowaliśmy. I mimo wszystko było to dla nich nadal ciekawe. To wtedy Mikron z żoną zwrócili mi uwagę na zmianę punktu widzenia wraz ze zmianą środka lokomocji. Temat leżał odłogiem ładnych parę lat.
Właściwie zaczął do mnie wracać gdy za sprawą Pima zacząłem przygodę z nartami. Nie od razu, ale dopiero w momencie naszych wspólnych pozazimowych wypadów. Wtedy zacząłem patrzeć na przemierzane szlaki z perspektywy dostępności ich dla narciarza BC. Na marginesie tego wszystkiego pojawiła się także turystyka rowerowa uprawiana wraz z żoną i córką po peryferiach naszego miasta. Jak inne formy działalności outdoorowej w moim przypadku, tak i ten sposób wędrówki stopniowo zmieniał swoje oblicze. Aż w ostatnim czasie wraz z kolegą z pracy zaliczyliśmy parę dużo bardziej intensywnych wypadów rowerowych. I to one stały się katalizatorem refleksji.
Do tej pory z rodziną turlaliśmy się niespiesznie i głównie nastawiając się na dotarcie w przyjemne miejsce piknikowe. W sierpniu i wrześniu tego roku razem z Mariuszem wybraliśmy się na okalające Rzeszów pogórza. Tamta jazda mimo, że nie jakaś specjalnie ekstremalna odbywała się jednak w dużo większym tempie. Pewno dlatego, że gonił nas czas i konieczność zameldowania się przy obowiązkach domowych. To dla mnie było zupełnie nowe doświadczenie, kojarzące z możliwością wyżycia się. Ale z drugiej strony coś co przychodzi na myśl, gdy wspominam wszystkie te wypady, to gonitwa. Niby podobnie jak dotychczas, a jednak inaczej. Nie chodzi o to, że gorzej ale tak zwyczajnie inaczej. No może pojawiało się przy okazji uczucie braku. Dokładnie, to nie było w tym wszystkim wyciszenia. Gdy jeździłem z moimi paniami czy wędrowałem w różnych składach po górach prócz przyjemności płynącej z doświadczania długotrwałego ruchu wracałem spokojny i z poczuciem równowagi. Tu doświadczenie ograniczało się do stanu wytrzęsienia z siebie napięć poprzez ruch. Myślę, że podobnie czuje się bigiel spuszczony ze smyczy - ego move ergo sum...
Właściwie to na prawdę fajny sposób na oderwanie się od zgiełku miasta i pędu codzienności. Rower daje świetną możliwość na szybkie wyskoczenie gdzieś za miasto i uniezależnia człowieka od komunikacji publicznej. Dwa z tych wypadów zrealizowaliśmy w środku tygodnia. Gdyby nie rowery nie mielibyśmy możliwości na taką przyjemność. Jednoślad świetnie wpisuje się w trend jakim są mikro przygody. Daje możliwość krótkiego wyjazdu za miasto i jednocześnie sprawnego dotarcia na miejsce. Jednak w moim odczuciu kosztem tej sprawności jest dystans w stosunku do mijanych miejsc i to, że poświęca im się mniej uwagi. Mam na myśli to, że szybkie przemieszczanie sprawia, że tworzy się swego rodzaju membrana między nami a światem. Filtruje ona część tego co dokoła, a dostrzec możemy to dopiero gdy wędrujemy na własnych nogach. Znowu nie chodzi mi, że rower jest gorszy niż wędrówka pieszo, ale szybkość jest obarczona ceną, którą płacimy za możliwość korzystania z jej zalet.

październik 2020 r.

niedziela, 27 września 2020

Szlak trzech pogórzy/ 1


 
Siedzę w wannie i gapię się w sufit? Nie, nie gapię się w to, co nade mną. Ekstrawagancko popijam radlera i zagryzam kiełbasą, która mi została. "A mury niosą rozmowy jakichś ludzi?" Nie, w domu jest cicho. Kaja bryka gdzieś ze swoimi koleżankami, a Ula wzięła Piotrka na spacer. Jestem sam, biorę kąpiel i daję wytchnąć obolałym mięśniom. Przed chwilą wróciłem z Pogórza Dynowskiego. To miała być krótka wycieczka na jakieś 6 godzin  i nieco ponad 20 km, a wyszło z tego godzin dziesięć i 32 km z niewielkim hakiem...

piątek, 10 lipca 2020

Dzikość


W moje wirtualne ręce wpadł link do wersji pdf "Dzikość" nowej książki Kasi Nizinkiewicz. Wraz z linkiem otrzymałem propozycję zrecenzowania tego tekstu. Jako, że to format elektroniczny, a ja nie jestem krytykiem literackim, z mojej opinii nie dowiecie się niczego o estetyce wydania tradycyjnego, ani nie liczcie też na obiektywny osąd i nie spodziewajcie się drobiazgowej analizy tekstu. Jest to moja w pełni subiektywna opinia - li i jedynie!..

niedziela, 10 maja 2020

Głodnemu to i czerstwy chleb posmakuje


W święto pracy ruszyłem na marsz po okolicy. Od jakiegoś czasu na celowniku miałem ścieżki w sąsiedztwie podrzeszowskiego potoku Lubcza. Wreszcie dostałem dokładną lokalizację tego miejsca, a że to niedaleko mojego domu postanowiłem zrobić sobie pieszą wycieczkę tam i z powrotem...
W czwartkowy wieczór wrzuciłem wszystko co niezbędne do plecaka. Faktycznie słowo wrzuciłem pasuje tu jak ulał. Miejsce oddalone jest o około 5 km od mojego domu więc nie wygłupiałem się z wielkim przemyślanym pakowaniem. Rano przed wyjściem dołożyłem kawę, wodę oraz coś do przegryzienia i mogłem ruszać.



Nim dotarłem nad rzeczkę czekał mnie spacer bocznymi uliczkami pośród domków jednorodzinnych. W piątkowy poranek okolica tchnęła leniwą, senną atmosferą. Tylko czasem w niektórych obejściach ktoś warczał kosiarką lub czymś do przycinania niesfornych gałęzi.
Po godzinie doszedłem nad coś co miało być potokiem. Most, orne pola wokoło i wielka dziura w ziemi, na dnie której niemrawo płynął jakiś ciek, wszystko to nie napawało optymizmem. Ale doszedłem to i obejdę. Wiedziałem, że interesująca mnie okolica Lubczy z jednej strony opiera się o nasyp kolejowy. Ruszyłem w tamtą stronę. Lubcza jakiś czas temu została uregulowana i jej koryto zyskało sztuczną infrastrukturę. Nie będę się wymądrzał i udawał, że wiem do czego ona służy. Dla mnie betonowe przegrody dawały taki efekt, że woda spotykając się z nimi przyjemnie szumiała na chwilę tracąc swoją niemrawość. Wreszcie wszedłem na nasyp i skorzystałem z niego jak z mostu zmieniając jeden brzeg na drugi. Dzięki temu spojrzałem na potok z innej perspektywy i wydał mi się bardziej zachęcający niż na początku.




Drugi brzeg, którym od tej pory szedłem, doprowadził mnie do drogi na Niechobrz, która stanowi przeciwległy kraniec okolicy. Pola rzepaku i łąki przeszły stopniowo w obejścia domostw, a droga którą szedłem była jednocześnie dojazdem do nich. Pojawiły się drzewa czasem pojedyncze a czasem zebrane w większe grupy. Gdyby nie płoty ludzkich siedzib byłoby malowniczo. Poza tym idąc między takimi uliczkami lub dróżkami wzdłuż, których ludzie żyją we własnych domach, czuję się jak intruz. Jestem tam obcym, jestem jak niestrojący instrument w harmonijnej orkiestrze. Takiego wędrowca okoliczni poznają od razu. To nie góry, w których od szlaków aż gęsto, a piechur jest raczej regułą niż wypadkiem w statystyce codzienności. Wchodząc na asfalt wiedziałem, że nie chcę wracać drugim brzegiem. Pośród mieszanych uczuć po przejściu pięciu kilometrów okolicą Lubczy jedna refleksja wybijała się ponad pozostałe. To jest fajne miejsce na sielską wycieczkę rowerem lub spacer z psem...
Z Racławówki, w której się znalazłem, miałem w odwodzie miłą trasę wypróbowaną przed tygodniem. Ale nie byłbym sobą gdybym nie chciał usprawnić powrotu. Efektem czego było wejście w szkodę jakiemuś rolnikowi. Znaczy przeszedłem na krechę przez czyjeś pole. Zamiary miałem jak najbardziej szlachetne. jednak pole ciągnące się po horyzont i perspektywa błądzenia jego miedzami skutecznie wyleczyły mnie z życzliwości. Szlachetność szlachetnością ale ja chciałem sobie skrócić drogę, a i tak ją sporo wydłużyłem obchodząc to pole. Nie wiedziałem, że zaraz przy granicach Rzeszowa gospodarują tacy obszarnicy - pardon - chciałem powiedzieć farmerzy...



maj 2020

niedziela, 8 marca 2020

Marmot Scree 2017 - suplement do recenzji

Jakiś czas temu zamieściłem tu oraz na ngt.pl recenzję spodni Scree od Marmota. Po paru latach sprawiłem sobie kolejną parę tych portek. Stare mimo znośnego stanu powoli się zużywały, a rozpoczęcie przygody z nartami mogło mocno przyspieszyć ten proces. Jako, że nie chciałem przeżyć sytuacji, w której po kolejnym wypadzie musiałbym wracać z dziurą na siedzeniu, przesiadłem się w nową parę. Stare zaś po jakimś czasie skróciła mi żona i służą jako spodenki rowerowe. Teraz przyszła pora aby podzielić się wrażeniami związanymi z nową parą. Zapraszam do słuchania...


czwartek, 27 lutego 2020

Gwiazdy, gwiazdki, gwiazdeczki

Schronisko na Leskowcu - przykład schroniska w ogóle

Zeszliśmy z gór. Siedzimy  w knajpce, znanej nam z poprzednich pobytów w Piwnicznej. Mimo, że jedliśmy po liofilu w trasie, to nasze organizmy domagają się płynów i jedzenia. Pim zamówił coś na bogato, a ja jak stary sknera talerz rosołu i kawę late. W lokalu jest ruch i obsługa uwija się jak w ukropie. Mają oni ręce pełne roboty nie tylko przez licznych gości, ale i przez szczupłą obsadę kelnerów. Gdy decyduję się na kolejną kawę i ciastko do niej, zaczepiony pan z obsługi szybko stawia przede mną słodką przekąskę, jednak o kawie zapomina. Gdy po chwili zaczepiam go ponownie i przypominam grzecznie o napoju ten zawstydzony przeprasza po czym rzuca się do realizacji zamówienia. Za moment kawa stoi na moim stoliku. Kelner ponownie mnie przeprasza. Zapewniam go o tym, że nie ma problemu i grzecznie dziękuję. Nie mam do niego najmniejszych pretensji. Facet na prawdę ma pełne ręce pracy, a biega jakby paliła mu się podłoga pod stopami. Każdy mógłby zapomnieć w takiej sytuacji. Ale to wydarzenie sprawia, że mimochodem moje myśli wracają do sytuacji z wczorajszego wieczora...

Siedzimy już w schronisku pod Przechybą. Nie chcemy nic konkretnego do jedzenia. Zadowalamy się Coca Colą i lodami. Gdy Michał łapie pierwszy oddech idzie załatwić sprawy meldunkowe. Ja nadal siedzę w jadalni. Pilnując bagaży wpadam w lekko apatyczny stan bezmyślnego wyłapywania urywków rozmów otaczających mnie ludzi. Nagle dociera do mnie coś w tym guście:
- Wyobraź sobie, że bufet jest czynny tylko do osiemnastej!
- Jak to? Przecież oni będą dopiero o dwudziestej i będą chcieli zjeść coś na ciepło.
- Nie wiem! Ale to schronisko nie dostanie ode mnie gwiazdek Google...
Gdy opowiadam to Pimowi dochodzimy do wniosku, że ktoś z obsługi pewno wpadnie w "czarną rozpacz". Zastanawiamy się także, czy mają może menadżera do spraw mediów społecznościowych? Jeśli tak to zapewne jegomość ma do dyspozycji jakąś starą kanciapę w piwnicach budynku, wygląda jak archetyp informatyka z lat dziewięćdziesiątych i siedzi tam wpatrzony w monitor 24 h na dobę 7 dni w tygodniu. A jego ulubionym hobby jest sprawdzanie ilości gwiazdek Google. Gdy wynik spada poniżej pięciu dostaje stanów przedzawałowych.
Po chwili stwierdzam jednak, że to znak czasów i coraz częściej będziemy mieli do czynienia z takimi postawami. Co więcej coraz częściej gwiazdki będą miały znaczenie przy wyborze rozrywek, lokali lub miejsc noclegowych. Młodzi będący za pan brat z mediami społecznościowymi będą te opinie traktować jak prawdy objawione. Gwiazdki wreszcie zdehumanizują to co w środku stworzyli ludzie. Nikt nie pomyśli, że przecież obsługa schroniska też potrzebuje odpocząć. Że ci ludzie by zapewnić sprawne funkcjonowanie obiektu często wstają bladym świtem. Od nich będzie się tylko wymagać. Goście widzą tylko, że jest ciepło, że nie ma ciepłej wody, że sala jadalni służy do głośnych posiadów do białego rana. Nikt nie pomyśli, że trochę jak w teatrze, większość pracy jest skryta za tylną ścianą sceny. Oni widzą tylko mniej lub bardziej zadowalający efekt na scenie. Może to jest właśnie problem? Cała praca schroniskowych aktorów jest bardziej rolą statystów. Oni przemykają się w ciszy do swoich obowiązków między gośćmi obiektu. Kuchnia i podawanie posiłków mają osłonę ścian przed wścibskim wzrokiem gości. Jednak to także sprawia, że nie widać ogromu ich ciężkiej pracy, a nie zawsze można trafić na kogoś z wyobraźnią. Czasem trafi się ktoś z postawą: klient płaci, klient wymaga...

Pim objedzony po kokardę prosi o rachunek. Regulujemy płatność i zaczynamy zbierać sprzęt. W głośnikach słyszę kolejną piosenkę Queen. Bardzo mi to odpowiada. Lubię Queen. Jest mi dobrze, jedzenie i napoje były jak nagroda po dobrze wykonanej pracy. Przypomina mi się nasz ostatni pobyt w tej knajpce i, że w tv były skoki narciarskie, a zawodnicy mieli na kombinezonach znaczki LA Sportiva. Tym razem skoków nie było. Czuję się nieco "zdegustowany". Cóż chyba nie dostaną ode mnie gwiazdki w Google. Ale nie za brak skoków. Ja po prostu nigdy nie dałem nikomu gwiazdki w Google. Jestem skamieliną minionych czasów i wolę napisać pięć tysięcy słów by wrzucić je na bloga licząc przy tym, że kto przeczyta ten wyciągnie własne wnioski.

ps
Zdjęcie z archiwum własnego przedstawia Leskowiec. Niestety nie posiadam dobrej fotografii Przechyby, a jakieś zdjęcie wypadało zamieścić. Ponad to opisana sytuacja mogła się wydarzyć równie dobrze na Leskowcu czy na Bartnem.

czwartek, 20 lutego 2020

Beskid Sądecki 2020 - sprzęt i trasa

Kilka osób w komentarzach pod ostatnią relacją pytało o kwestie sprzętowe. Na tyle na ile dało się zrobić to krótko odpowiadałem w tamtym miejscu. Wszystko dla tego, że miałem w planach tę publikację.
Jest to dla mnie nowa forma. Wiem, że zamieszczone omówienie jest pełne niedociągnięć technicznych i warsztatowych. Mimo wszystko praca którą włożyłem w nie powoduje, że chce się nim podzielić z Wami. Zamiast pisać kolejny tekst zdecydowałem się nagrać plik audio, wzbogacony zdjęciami ilustrującymi treść. Omówienie dotyczy kolejno: plecaka, butów, termosu, śpiwora i refleksji na temat dystansu. Miłego odbioru...


piątek, 14 lutego 2020

Po kondycję z szafą w Sądecki


Czytając relacje w sieci z różnych przedsięwzięć odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na porażkę. Nawet jeśli cel nie zostanie osiągnięty autorzy często przekonują, że bogate doświadczenia i okoliczności przyrody z nawiązką wynagradzają brak sukcesu. Po czym "odgrażają" się, że oni tam jeszcze wrócą i wtedy zobaczymy. Zatem jak w takim kontekście ocenić naszą ostatnią turę? Z trzech dni wyszły dwa, zamiast biwaku w śniegu przespaliśmy się w ciepłym schronisku, a zakładana trasa z tą faktyczną miała tylko kilka punktów stycznych...